Przepisy

Samosa Przepis na indyjski trójkąt, który podbija świat

Wszystko o samosach: historia, przepisy, kulinarne porady

Gdzieś w zaułku Old Delhi, o czwartej po południu, rozlega się dźwięk, który nie ma nic wspólnego z muzyką, a jednak porywa tłumy — syk ciasta wpadającego do gorącego ghee. W tej samej sekundzie, w Kampali, Nairobi, Dar es Salaam, Dubaju, Taszkencie, Bradford, Birmingham, Toronto i coraz częściej w Warszawie, miliony dłoni sięgają po trójkątny pakunek, który w różnych językach nazywa się inaczej, lecz wszędzie oznacza tę samą obietnicę: chrupiąca skórka, para buchająca z przeciętej krawędzi, ziemniak znaczony kurkumą, groszek, cytryna, mięta, cisza pełnego ust. Samosa jest jednym z najstarszych i najbardziej udanych produktów kulinarnej globalizacji — mała, trójkątna kapsuła, która przetrwała wojny, zakazy, embarga, zmiany dynastii i reżimów, bo mieściła w sobie coś bardziej elementarnego niż polityka: węgiel, białko, tłuszcz i opowieść.

Przeczytaj również:
Vada PRZEPIS na przysmak kuchni indyjskiej
Dosa PRZEPIS na indyjskie naleśniki
Tadka czyli sztuka aromatyzowania w kuchni indyjskiej
Kheer Przepis na indyjski pudding z ryżu i mleka

Zanim wejdziemy w historię, w dwory Ghaznawidów i zakazy Al-Shabaab, w Ibn Battutę i manuskrypt Nimatnamy, zrobimy samosę. Zagnieciemy ciasto, nauczymy się czuć moyan palcami, ulepimy stożek, dowiemy się, dlaczego olej nie może być zbyt gorący. Dopiero potem cofniemy się w głąb tysiąclecia, bo kto choć raz złożył trójkąt samosy w dłoniach, łatwiej zrozumie, czemu sułtan Muhammad bin Tughlaq kazał je serwować przed pulao, a Amir Khusrow zostawił po nich zagadkę rymowaną w hindawi.

Anatomia trójkąta: chemia ciasta, farszu i ognia

Samosa wygląda prosto: trzy trójkątne ścianki, dwie warstwy cienkiego ciasta, szew spojony wodą. W rzeczywistości jest laboratorium, w którym zachodzą jednocześnie co najmniej cztery reakcje chemiczne — a każdy niepotrzebny ruch psuje którąś z nich.

Maida, gluten i paradoks słabej mąki

Maida jest rafinowaną, drobno mieloną białą mąką pszenną, której właściwości zależą od użytej pszenicy, przemiału i producenta. Jej popiołowość zwykle jest niska, a deklarowana zawartość białka w komercyjnych markach typu Laxmi, TRS czy Rani może przypominać wartości znane z europejskich mąk jasnych. Liczba wygląda znajomo — niemal jak polska tortowa typ 450 albo niektóre włoskie mąki „00”. Trzeba jednak pamiętać, że typ „00” mówi głównie o stopniu przemiału i popiołowości, a nie zawsze o sile glutenu.

A słabszy gluten to dokładnie to, czego chcemy. Wyobraźmy sobie na moment, jak działa gluten: białka gliadyna i glutenina, zetknięte z wodą i poddane mechanicznemu ugniataniu, splatają się w trójwymiarową sieć elastycznych włókien. Ta sieć jest cudem biologii — pozwala chlebowi rosnąć, a naanowi się rozciągać. Dla samosy jest przekleństwem. Chcemy khasty — tego indyjskiego słowa, które nie tłumaczy się doskonale na polski, ale obejmuje kruchość, łamliwość, delikatne warstwowanie, takie łuszczenie, które zostawia okruchy na palcach. Silny gluten daje gumiastą, twardą skorupkę; słabszy gluten, poprzerywany tłuszczem, daje khastę.

W polskiej kuchni dobry domowy kompromis osiągamy, mieszając osiemdziesiąt pięć procent mąki tortowej typ 450 z piętnastoma procentami skrobi kukurydzianej. Skrobia działa jak rozrzedzacz: wchodzi między cząstki glutenu, blokuje ich połączenia, a podczas smażenia pomaga uzyskać suchszy, bardziej kruchy efekt. Samej mąki luksusowej typ 550 też można użyć, ale wtedy trzeba hojniejszej ręki do moyanu, bo silniejsza mąka potrzebuje więcej tłuszczu, żeby zgasić gluten.

Moyan, czyli dlaczego tłuszcz musi uprzedzić wodę

Moyan — zapisywany też jako moyen albo moan — oznacza tłuszcz wcierany w mąkę przed dodaniem wody; w praktyce jest to ghee albo olej roślinny w proporcji mniej więcej jeden do pięciu wagowo, co daje około dwudziestu procent. To drobny gest o gigantycznym znaczeniu. Kiedy rozcieramy palcami tłuszcz z mąką, aż masa przypomina grubą bułkę tartą i trzyma kształt ściśniętej garści, otaczamy cząstki mąki filmem lipidów. W momencie, gdy wlewamy wodę, gliadyna i glutenina znajdują ją wolniej, bo muszą się przez ten film przebić. Gluten rozwija się więc tylko punktowo — łańcuchy są „skrócone”. Stąd angielskie słowo shortening effect, a stąd też, w polskiej tradycji, analogiczna logika kruchego ciasta z masłem do szarlotki.

Ciepły tłuszcz łatwiej się rozprowadza, ale nie jest to warunek bezwzględny. Lekko podgrzany olej albo ghee obniża lepkość, napięcie powierzchniowe spada, film rozprowadza się cieńszymi warstwami i łatwiej pokrywa mąkę. Ostrzeżenie jednak: zbyt gorący tłuszcz może zmienić strukturę ciasta i sprawić, że zamiast kruchego, stanie się ciężkie albo pastowate.

Jest jeszcze jeden test, niemal archeologiczny, który babki w Pendżabie robiły na długo przed tym, zanim ktokolwiek wymówił słowo „reologia”. Nazywa się muthi, dosłownie „pięść” albo „garść”. Po wtarciu tłuszczu zaciskamy dłoń na masie. Jeśli po otwarciu ręki masa utrzymuje kształt pięści — moyan jest dobry. Jeśli się rozsypuje — dodać jeszcze trochę tłuszczu. Jeśli na palcach zostaje tłusty ślad, a masa jest mazista — tłuszczu już za dużo i ciasto będzie pękać podczas smażenia.

Woda dochodzi na końcu, dodawana stopniowo, do uzyskania zwartej, dość twardej kuli. Wyrabianie ma być krótkie — nie dłużej niż minutę. Powierzchnia ciasta powinna być lekko szorstka, nawet „popękana”. Potem trzydzieści minut odpoczynku pod wilgotną ściereczką: w tym czasie białka się hydratują, a napięcia rozluźniają, co ułatwia późniejsze rozwałkowanie. Za długi odpoczynek i za długie wyrabianie — paradoksalnie — mogą spowodować, że mimo moyanu gluten częściowo się rozwinie.

Aloo matar, czyli chemia farszu

Ziemniaki i groszek wyglądają niewinnie, ale przyprawy, które je pokrywają, to nie ozdoba, lecz inżynieria smaku. Każda ma swoją cząsteczkę i swoje miejsce w łańcuchu.

Kurkuma to najpierw kolor. Kurkumina, jej główny barwnik o wzorze C₂₁H₂₀O₆, słabo rozpuszcza się w wodzie, a znacznie lepiej w tłuszczach. To dlatego doświadczony kucharz nigdy nie wsypuje kurkumy do zimnej wody ani na suche ziemniaki — zawsze najpierw do gorącego ghee, gdzie pigmenty przechodzą w tłuszcz i dopiero stamtąd rozprowadzają się po potrawie równomiernie. Kurkumina jest też niestabilna w środowisku zasadowym i pod wpływem światła — przyprawę trzymajmy w ciemnym słoiku.

Kmin rzymski (cumin, Cuminum cyminum, nie mylić z polskim kminkiem Carum carvi) zawiera olejek, w którym ważną rolę odgrywa aldehyd kuminowy, 4-izopropylobenzaldehyd. Ziarna pękają w gorącym ghee i uwalniają aromat w dziesięć, góra trzydzieści sekund. To rytuał znany jako tadka — skwierczące ziarna w łyżce wazowej ghee, wrzucone do dala tuż przed podaniem. W farszu samosy kmin wsypuje się do oleju na początku, razem z chili, i chwilę, tylko chwilę, pozwala się mu pracować. Za długo — i przyprawa się przypali, a aromat stanie się gorzki i popielny.

Kolendra mielona, z nasion Coriandrum sativum, niesie dużo linaloolu — monoterpenowego alkoholu o kwiatowo-cytrusowym, ale zaokrąglonym, łagodnym zapachu. To zupełnie inna grupa aromatów niż te, które dominują w liściach świeżej kolendry. Warianty genów receptorów węchowych, m.in. OR6A2, mogą wpływać na odbiór aldehydów kolendry, dlatego dla części osób świeża kolendra pachnie mydłem. Mielona kolendra w farszu samosy pełni rolę ciepłego, zaokrąglonego tła.

Amchur (amchoor) to proszek z suszonego, niedojrzałego, zielonego mango. W niedojrzałym owocu kumulują się kwasy organiczne — cytrynowy, jabłkowy, winowy — a po wysuszeniu dają wyraźny kwaśny profil. Dochodzą polifenole oraz żywiczno-terpenowa nuta zapachu. Sok z cytryny zastąpi amchur w dziewięćdziesięciu procentach, ale nie doda tej głębszej, owocowo-drzewnej warstwy. Pół łyżeczki na farsz z czterech ziemniaków to ilość klasyczna.

Garam masala — „gorąca mieszanka”, choć „gorąca” odnosi się tu nie do chili, lecz do ajurwedyjskiej „ogrzewającej” natury przypraw — jest kompozytem: zielony kardamon, cynamon, goździki, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, liść laurowy. Wiele związków aromatycznych w tych przyprawach jest lotnych — dodanie garam masali na początku gotowania oznacza ich częściową utratę. Doświadczeni kucharze wsypują ją w ostatnich pięciu minutach albo wręcz po zdjęciu z ognia, aby pary trzymały aromat w farszu, a nie w powietrzu nad kuchnią.

Ajwain, czyli nasiona Trachyspermum ammi, zawierają dużo tymolu — tego samego fenolu, który dominuje w tymianku. Tymol ma działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze, co częściowo tłumaczy tradycyjną reputację ajwainu jako przyprawy wspierającej trawienie. Pół łyżeczki w cieście daje tę ledwo uchwytną, trawiasto-zaostrzoną nutę skórki, której, raz rozpoznana, szuka się potem w każdej „prawdziwej” samosie.

Trójkąt, czyli geometria dłoni

Składanie samosy to jedno z niewielu ćwiczeń, w którym literatura przepisów jest bezradna, a dłoń sama się uczy. Technika nazywa się cornet: rozwałkowane ciasto cięte na półksiężyce, półksiężyce składane w stożek, stożek wypełniany farszem, otwór zamykany fałdą i przypieczętowywany kropelką wody. Grubość walcowania powinna być około dwóch milimetrów — cieniej i skórka pęknie pod ciśnieniem pary, grubiej i zostanie surowawy rdzeń ciasta.

Kluczowy trick: szew stożka musi być naprawdę szczelny. Jedna niewidoczna szparka — i podczas smażenia olej wejdzie do środka, farsz wyleje się, a my będziemy mieli tłuste widmo samosy. Kroplę wody roztartą palcem po krawędzi ciasta, potem mocne dociśnięcie kciukiem, potem podwójne zawinięcie — doświadczeni sprzedawcy robią to w kilkanaście sekund.

Olej, temperatura i cierpliwość

Ogień pod wokiem to ostatnia, ale nie najłatwiejsza próba. Samosa chce oleju o temperaturze około stu sześćdziesięciu do stu siedemdziesięciu stopni — nie za wysokiej. Dla kogoś przyzwyczajonego do frytek brzmi to niemal jak błąd. Nie jest.

Logika jest następująca. Ciasto ma grubość dwóch milimetrów, farsz w środku jest już ugotowany, masa samosy wynosi sześćdziesiąt, siedemdziesiąt gramów. W zbyt wysokiej temperaturze zewnętrzna warstwa ciasta zaczyna intensywnie brunatnieć, zanim wnętrze zdąży się porządnie ogrzać, a warstwa ciasta przy farszu pozostaje zbyt miękka. Efekt: ciemna z zewnątrz, ale niedopieczona w środku samosa. Przy stu sześćdziesięciu–stu siedemdziesięciu proces jest powolny, równomierny. Film tłuszczu między cząstkami mąki ma czas stopić się, a para z ciasta rozsunąć mikrowarstwy. Tak właśnie powstaje khasta. Pęcherzyki pary, które wychodzą na powierzchnię, dają też charakterystyczne drobne bąble i lekko nierówną teksturę.

Za niska temperatura, poniżej stu pięćdziesięciu, to odwrotna katastrofa: powierzchnia nie tworzy wystarczająco szybko zabezpieczenia z białek i zżelatynizowanej skrobi, olej wchodzi do środka, samosa puchnie tłuszczem, staje się ciężka i tłusta.

Niektórzy profesjonaliści stosują metodę podwójnego smażenia: najpierw krótsza kąpiel w niższej temperaturze, żeby ustabilizować strukturę, potem odsączenie, ewentualne schłodzenie, i druga, krótsza kąpiel w wyższej temperaturze — dla głębszego koloru i intensywniejszej reakcji Maillarda. Gotowa samosa ma unosić się swobodnie, nie tonąć; stukanie łyżką daje suchy, pusty dźwięk.

Przepis: klasyczna samosa aloo matar

Przepis prosty, ziemniaczano-groszkowy, wegański, taki, jaki codziennie robi się w wielu stoiskach od północnych Indii po Mumbaj.

Na ciasto bierzemy dwieście pięćdziesiąt gramów maidy albo, w naszej polskiej wersji, dwieście dziesięć gramów mąki tortowej typ 450 i czterdzieści gramów skrobi kukurydzianej. Dosypujemy pół łyżeczki ajwainu (opcjonalnie, ale silnie zalecane — zmienia charakter skórki), pół łyżeczki soli. W dużej misce wcieramy w mąkę pięćdziesiąt mililitrów oleju rzepakowego lub słonecznikowego, ewentualnie płynnego ghee. Rozcieramy palcami minutę, może półtorej, aż masa przypomina bułkę tartą i utrzymuje kształt zaciśniętej garści (test muthi). Stopniowo wlewamy około osiemdziesięciu mililitrów ciepłej wody, zbierając masę w kulę. Nie wyrabiamy dłużej niż minutę — ciasto ma być zwarte, nawet lekko szorstkie. Przykrywamy wilgotną ściereczką i zostawiamy na trzydzieści minut.

W tym czasie farsz. Cztery średnie ziemniaki (około siedmiuset pięćdziesięciu gramów) gotujemy w mundurkach, obieramy, zostawiamy do wystudzenia, a potem rozgniatamy widelcem na grube kawałki — nie na purée. Samosa ma mieć fakturę. Sto gramów mrożonego groszku zalewamy wrzątkiem na minutę, odsączamy.

Na patelni rozgrzewamy dwie łyżki oleju lub ghee. Wrzucamy łyżeczkę nasion kminu rzymskiego — gdy zaczną syczeć, po jakichś piętnastu sekundach, dorzucamy siekany ząbek imbiru (kciukowej wielkości), jedną zieloną papryczkę chili pokrojoną drobno (lub więcej, jak kto lubi), następnie pół łyżeczki kurkumy. Mieszamy jeszcze pięć sekund — tylko tyle, żeby kurkumina przeszła do tłuszczu, ale nie zdążyła się zdegradować. Wrzucamy groszek, mieszamy dwie minuty. Dosypujemy łyżeczkę mielonej kolendry, pół łyżeczki amchuru (albo łyżkę soku z cytryny), pół łyżeczki garam masali, sól do smaku. Dokładnie mieszamy z ziemniakami — nie smażymy długo, żeby nie wysuszyć masy. Odstawiamy do całkowitego wystudzenia. Ciepły farsz zniszczy ciasto — kondensująca się para zmiękczy stożek od środka.

Ciasto dzielimy na osiem–dziesięć kulek. Każdą rozwałkowujemy na owal o grubości dwóch milimetrów, długi na około piętnaście centymetrów. Rozcinamy na pół — z każdego półowalu zrobimy jedną samosę. Prostą krawędź smarujemy palcem umoczonym w wodzie. Zawijamy w stożek, zakładając jedną stronę na drugą i dociskając. Wypełniamy farszem do około dwóch trzecich objętości, żeby zostało miejsce na zamknięcie. Górną krawędź zamykamy, tworząc fałdę, która staje się trzecim bokiem trójkąta. Dociskamy, sprawdzamy każdy milimetr szwu.

Rozgrzewamy pół litra oleju w głębokim garnku do stu sześćdziesięciu stopni (termometr cukierniczy to najlepsza inwestycja; bez niego — kulka ciasta wrzucona do oleju powinna wolno wypłynąć po kilkunastu–dwudziestu sekundach). Wkładamy cztery–pięć samos naraz (nie więcej — obniżą temperaturę oleju). Smażymy osiem do dziesięciu minut, przewracając łagodnie, aż nabierają głębokiego złota. Wyjmujemy na papierowy ręcznik. Odczekujemy trzy minuty przed podaniem.

Przepis: samosa keema z jagnięciną

Wersja nababska, pełniejsza, mięsna — nawiązująca do mięsnych, dworskich poprzedniczek samosy i do smaków lubianych do dziś przez hyderabadzkie rodziny.

Ciasto identyczne jak w przepisie A. Farsz zaczyna się od dwóch łyżek ghee w głębokiej patelni. Dodajemy dwie cebule siekane drobno, smażymy dziesięć minut na średnim ogniu, aż złotobrunatne (to początek reakcji Maillarda w kuchni — cukry w cebuli wchodzą w reakcję z aminokwasami). Wrzucamy łyżkę siekanego imbiru, cztery ząbki czosnku miażdżone, dwie zielone papryczki chili. Minutę mieszamy. Dorzucamy trzysta gramów mielonej jagnięciny (albo wołowiny, jeśli ktoś nie jest fanem jagnięciny), rozbijamy drewnianą łyżką. Smażymy na silnym ogniu do odparowania wody i zarumienienia mięsa — dziesięć minut.

Przyprawiamy: pół łyżeczki kurkumy, łyżeczkę mielonej kolendry, łyżeczkę mielonego kminu, łyżeczkę garam masali, pół łyżeczki chili w proszku, sól. Wlewamy sto mililitrów wody, dusimy dwadzieścia minut na małym ogniu, aż woda całkiem odparuje, a masa stanie się ciemnobrązowa i aromatyczna. W ostatnich pięciu minutach dodajemy garść siekanej mięty i garść siekanej świeżej kolendry, ćwierć szklanki rozmrożonego groszku. Studzimy całkowicie.

Dalsze kroki — formowanie, smażenie — jak w przepisie A. Keema wymaga staranniejszego zamykania szwów, bo tłuszcz z mięsa, jeśli znajdzie dziurkę, wypłynie i zrobi nieporządek w oleju. Czas smażenia ten sam: osiem–dziesięć minut w stu siedemdziesięciu.

Przepis: nowoczesna samosa z soczewicy i szpinaku

Wariant bardziej współczesny, wegański, odpowiedni również dla opcji pieczonej. Nawiązuje do rajastańskich dal-samos i bengalskich sezonowych singar, ale używa produktów łatwo dostępnych w polskich sklepach.

Dwieście gramów czerwonej soczewicy gotujemy w trzech szklankach wody z łyżeczką kurkumy i szczyptą soli, aż się rozgotuje i zgęstnieje (piętnaście–osiemnaście minut). Nie odcedzamy — chcemy, żeby była gęsta, ale wilgotna. Studzimy.

Na dwóch łyżkach oleju podsmażamy łyżeczkę kminu, pół łyżeczki gorczycy, trzy ząbki czosnku, kciuk siekanego imbiru, jedną zieloną papryczkę chili. Dodajemy sto gramów szpinaku baby — w minutę zwiędnie. Dodajemy dwie łyżki pasty pomidorowej, łyżeczkę mielonej kolendry, pół łyżeczki garam masali, szczyptę soli. Wmieszujemy soczewicę, podgrzewamy dwie minuty, skrapiamy sokiem z pół cytryny, zdejmujemy z ognia.

Farsz ma być gęsty, nie mokry — w razie czego odparowujemy płyn na silnym ogniu przed zamknięciem w samosach. Składamy tradycyjnie.

Wersja pieczona: piekarnik ustawiamy na dwieście stopni, termoobieg. Samosy układamy na blaszce wyłożonej papierem, smarujemy obficie olejem z obu stron. Pieczemy dwadzieścia pięć do trzydziestu minut, obracając po piętnastu. Skórka będzie twardsza, mniej łuszcząca się — to nie jest klasyczny aromat, ale różnica kaloryczna jest duża. Air fryer przy stu sześćdziesięciu stopniach przez osiem minut, potem dwustu stopniach przez sześć do ośmiu, daje pośrednią teksturę.

Dwa chutneye i samosa chaat

Samosa bez chutneyu jest jak Bach bez harmonii — technicznie działa, ale po co.

Zielony chutney robi się w dwie minuty. Do blendera: duży pęczek świeżej kolendry (ze łodyżkami — tam jest dużo aromatu), pół pęczka świeżej mięty, ząbek czosnku, kawałek imbiru wielkości paznokcia kciuka, jedna zielona papryczka chili, sok z całej cytryny, pół łyżeczki soli, dwie łyżki wody. Blendujemy na gładko. Przechowujemy w lodówce do trzech dni (potem ciemnieje przez utlenianie chlorofilu).

Tamaryndowy chutney to drugie ramię duetu — słodko-kwaśne, ciemne, gęste. Cztery łyżki pasty tamaryndowej albo pięćdziesiąt gramów miąższu tamaryndowca namoczonego w szklance wrzątku i przeciśniętego przez sito. Gotujemy w rondelku ze stu gramami cukru palmowego (jaggery) albo brązowego, łyżeczką uprażonego i zmielonego kminu rzymskiego, pół łyżeczki chili w proszku, szczyptą soli, szczyptą imbiru mielonego. Redukujemy dziesięć minut, aż konsystencja syropu.

Samosa chaat to akt kulinarnej transgresji — weź chrupiącą samosę, rozgnieć ją widelcem w misce, polej chutneyem zielonym i tamaryndowym, dodaj łyżkę jogurtu, dwie łyżki ugotowanej i doprawionej ciecierzycy (chole), siekaną czerwoną cebulę, świeżą kolendrę, posyp chaat masalą i kruszonym sevem (cienki makaron z mąki cieciorkowej). Jedno z najbardziej teksturalnie złożonych dań ulicznych świata: chrupiące, miękkie, gorące, zimne, ostre, słodkie, kwaśne, słone, z umami — wszystkie pięć smaków i cztery tekstury na jednym talerzu.

Najczęstsze błędy i jak ich uniknąć

Mokry farsz to przyczyna większości katastrof. Gdy para ze zbyt ciepłego ziemniaka skrapla się wewnątrz samosy, ciasto mięknie od środka i pęka w oleju. Reguła: farsz musi być całkowicie zimny przed użyciem, a jego konsystencja — sucha, nie klejąca się, granulowata.

Pękanie ciasta podczas smażenia to zwykle wina dwóch błędów naraz: zbyt dużego moyanu (ciasto się rozpada) albo niedostatecznego szwu. Rozwiązanie: redukcja oleju w cieście do dwudziestu procent wagowo, staranne smarowanie krawędzi wodą, podwójne zawinięcie szwu.

Zbyt ciemna skórka przy niedogrzanym środku to zawsze zbyt wysoka temperatura oleju. Cofamy się do stu sześćdziesięciu, wydłużamy czas.

Tłuste wnętrze — odwrotnie, za niska temperatura. Sprawdzamy termometrem; bez termometru: kulka ciasta powinna wypłynąć po kilkunastu sekundach, nie po minucie (za zimno) i nie natychmiast (za gorąco).

Deep-fry daje najlepszą teksturę i klasyczny aromat. Piekarnik pozbawia skórkę warstwowości — warstwy nie są rozsuwane parą w oleju, tylko w suchym powietrzu, co rzadko działa równie dramatycznie. Air fryer to kompromis, dobry dla codziennej kuchni, ale nie dla wesela.

Mrożenie sprawdza się dobrze, ale tylko przed smażeniem. Uformowane, surowe samosy układamy na blaszce w jednej warstwie, zamrażamy dwie godziny, przekładamy do worków. W ten sposób wytrzymują trzy miesiące. Smażymy je bez rozmrażania, w stu sześćdziesięciu stopniach przez dwanaście–piętnaście minut. Rozmrażanie w lodówce namoczy ciasto.

Tysiąc lat podróży: od Iranu do Wilanowa

Dopiero teraz, z palcami jeszcze pachnącymi kminem, cofnijmy się do źródeł. Bo samosa ma tysiąc lat historii i jest starsza niż większość państw, w których dziś się ją je.

Perskie korzenie i pierwsze wzmianki

Nazwa pochodzi od środkowoperskiego słowa sambōsag (سنبوسگ), oznaczającego trójkątne ciasto. W średniowiecznych arabskich książkach kucharskich z dziesiątego do trzynastego wieku krąży w formach sanbusak, sanbusaq, sanbusaj — wszystkie zapożyczone z perskiego. Najwcześniejsza udokumentowana pochwała sanbusaj pochodzi z dziewiątego wieku, od abbasydzkiego poety Ishaqa al-Mawsiliego, który napisał o niej wiersz.

Pierwszą pełną literacką wzmiankę o sambosie jako daniu dworskim znajdujemy u perskiego historyka Abolfazla Beyhaqiego (995–1077), w kronice „Tarikh-e Beyhaqi”. Beyhaqi opisuje sambosę na dworze Ghaznawidów — dynastii panującej w dzisiejszym Iranie i Afganistanie. Wczesna sambosa była bliższa słodko-słonej przekąsce niż dzisiejszej ziemniaczanej samosie: mielone mięso, orzechy, suszone owoce, czasem wodą różaną zaprawiany farsz.

Szlakiem jedwabnym do Delhi

Samosa przywędrowała do subkontynentu indyjskiego w trzynastym i czternastym wieku z kucharzami z Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej, zatrudnianymi w kuchniach Sułtanatu Delhi. Szlak był dłuższy, niż się wydaje: kupcy wiozli sanbosag przez Hindukusz, przez Samarkandę i Bucharę, przez Kabul. Pakowali trójkątne ciasta w juki jako podróżne pożywienie — sucha skórka trzymała się dobrze, mięso w środku było uwędzone albo solone.

Na dworze delhijskim pojawia się postać, bez której trudno mówić o historii samosy: Amir Khusrow (1253–1325), nadworny poeta, sufi, uczeń Nizamuddina Auliya, nazywany „Tuti-e-Hind” — Papugą Indii. Około roku 1300 Khusrow napisał, że książęta i szlachta dworu delhijskiego delektowali się „samosą przygotowaną z mięsa, ghee i cebuli”. Tradycyjnie przypisuje się mu też rymowaną zagadkę w hindawi o samosie i bucie, opartą na grze słów „talaa” (smażyć / podeszwa) — choć jej autentyczność jest niepewna i krąży głównie w tradycji ustnej.

W roku 1333 do Indii przybywa marokański podróżnik Ibn Battuta. W swojej „Rihli” opisuje posiłek na dworze sułtana Muhammada bin Tughlaqa, w którym samushak — „mały pieróg nadziewany mielonym mięsem, migdałami, pistacjami, orzechami włoskimi i przyprawami” — podawany był przed trzecim daniem, pulao. Ibn Battuta, mianowany kadim Delhi z pensją pięciu tysięcy srebrnych dinarów, zostawił nam pierwszy zewnętrzny, etnograficzny obraz samosy jako dania ceremonialnego.

Pod koniec piętnastego wieku powstaje manuskrypt, który zmienia rozumienie tego, czym mogła być samosa: Nimatnama-i-Nasiruddin-Shahi („Księga Przyjemności”), ilustrowana książka kucharska rozpoczęta dla sułtana Ghiyath Shaha z Malwy i ukończona przez jego syna. Zawiera co najmniej osiem różnych przepisów na samosę: jagnięcina mielona z bakłażanem i szafranową wodą różaną, dziczyzna, mięso owcy górskiej, khoya (redukowane mleko) z przyprawami, słodka pszeniczna pasta smażona w ghee z kamforą i piżmem, wersje z kremem i kokosem. Manuskrypt znajduje się w zbiorach British Library i jest dziś podstawą badań nad przed-mughalską kuchnią indyjską.

W czasach Akbara (1556–1605), w „Ain-i-Akbari” autorstwa Abu’l-Fazl ibn Mubaraka, znajdujemy zapis: „ludzie Hindustanu nazywają to sanbúsah”. Przekąska jest już indyjska — językowo, kulturowo, kulinarnie.

Moment ziemniaka

Aż tu nagle, w szesnastym–siedemnastym wieku, Portugalczycy przywożą ziemniak. I papryczkę chili z Nowego Świata. I nowy świat samosy. Wegetariańska aloo samosa — ziemniaczana, bez mięsa — powstaje dopiero w osiemnastym lub dziewiętnastym wieku i to właśnie ona demokratyzuje przekąskę: nagle jest dostępna dla większości hinduskiej ludności wegetariańskiej. Dawna dworska, nababska samosa mięsna schodzi z piedestału i miesza się z nowym, plebejskim wariantem. Z połączenia tych dwóch nurtów rodzi się samosa, jaką znamy dziś.

Mapa Indii na jednym trójkącie

W Pendżabie samosa jest duża, pulchna, trójkątna, z maidy z ajwainem, nadziewana tłuczonymi ziemniakami z groszkiem, cebulą, imbirem, kolendrą, kminem, zielonym chili, czasem rodzynkami i nerkowcami. Tradycyjnie smażona w czystym ghee.

W Bengalu, Asamie, Odisze i Biharze nazywa się singara (সিঙাড়া) — nazwa bywa łączona z kształtem kasztana wodnego (singhara). Jest mniejsza od północnej samosy, z grubszym, gęstszym ciastem, często z dodatkiem hingu. Ziemniaki wewnątrz pokrojone są w kostkę, nie tłuczone. Smażona w oleju musztardowym, bardziej chrupiąca. W Bangladeszu popularne są też wersje słodkie, jak mishti singara, nadziewane słodkim redukowanym mlekiem, a pokrewnym słodkim wypiekiem jest labongo lotika, zapinana goździkiem i maczana w syropie.

Rajasthan i Gujarat mają swoją specjalność — dal samose: nadzienie z ostrej soczewicy moong lub urad z przyprawami, rodzynkami, nerkowcami. Mniejsze, bardzo chrupiące. W niektórych społecznościach Jain i Marwari — bez cebuli i czosnku.

Południowe Indie kochają samosy ostre, mniejsze, z marchewką, kapustą, liśćmi curry, z gorczycą prażoną na oleju. Kerala ma nadzienia z sardynek i krewetek. Hyderabad ma luqmi (lukhmi) — kwadratową, grubszą, ściśle mięsną samosę z mielonej baraniny, dziedzictwo kuchni nababskiej Nizamów. Goa, z portugalskim wpływem kolonialnym, zna chamuças — spotyka się je także z farszami mięsnymi, w tym wieprzowiną.

Sambusak, samsa, brik — globalne kuzynostwo

Na Bliskim Wschodzie — w Libanie, Syrii, Jordanii, Izraelu, Iraku — samosa nazywa się sambusak albo sambousek. Kształt bywa półksiężycowaty albo trójkątny, technika częściej pieczenia niż smażenia. Dwie klasyczne libańskie wersje: sambousek bel lahmeh z mięsem, cebulą i pinioli, oraz sambousek bel jibneh z serem. W tradycji iracko-syryjskich Żydów — sambusak hummus z ciecierzycą, smażoną cebulą, kuminem i curry — został spopularyzowany w Izraelu wraz z migracją Żydów irackich, m.in. w czasie Operacji Ezra i Nehemiasz w latach 1950–1951. Dziś standard mezze, szczególnie popularny podczas Ramadanu.

W Uzbekistanie i szerzej w Azji Centralnej (Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenia, Xinjiang) samosa jest samsą — i, co kluczowe, często nie smaży się jej, lecz piecze w tandyrze, glinianym piecu. Ciasto bywa laminowane, smarowane ghee albo tłuszczem z kurdiuka (ogoniasty baran). Klasyczne nadzienie to w równej wadze mielona jagnięcina z cebulą, z kuminem i czarnym pieprzem. Regionalne warianty — Jizzakh samsa (duża, mięsna), Bukhara samsa (pieczona, trójkątna), Khorezm samsa (smażona) — pokazują, że nawet w jednym kraju rodzina jest liczna.

Brik to tunezyjska kuzynka: cieniutka warstwa ciasta malsouka, całe jajko w środku, cebula, natka pietruszki, tuńczyk z puszki, kapary, harissa, złożone w trójkąt i smażone tak, by żółtko pozostało płynne. Klasyczny posiłek iftaru.

W Ameryce Łacińskiej empanada — półksiężycowa, nadziewana wołowiną, oliwkami, jajkiem na twardo — ma prawdopodobnie wspólnego dalekiego przodka z samosą: rodzinę nadziewanych ciast znaną w świecie śródziemnomorskim i bliskowschodnim. Ale to już daleka krewniaczka, z własną tożsamością.

Do Afryki Wschodniej — Kenii, Tanzanii, Ugandy — samosa dotarła dwiema drogami: dawnych kontaktów handlowych Oceanu Indyjskiego i migracji hinduskich robotników kontraktowych w dziewiętnastym wieku, zwłaszcza przy budowie kolei Kenia–Uganda (1896–1901). Lokalna sambusa swahili najczęściej ma nadzienie z mung lub mielonego mięsa. W Somalii, Etiopii, Erytrei — sambuusa jest rytualnym elementem Ramadanu, Eid al-Fitr i Eid al-Adha.

Londyn, Bradford, Birmingham — samosa po angielsku

Pierwsza indyjska restauracja w Wielkiej Brytanii, Hindoostanee Coffee House, powstała w 1810 roku na 34 George Street w Londynie, założona przez Sake Dean Mahomeda, Bengalczyka z Patny, byłego kapitana armii Kompanii Wschodnioindyjskiej. Była pierwszym zwiastunem indyjskiej gastronomii w Londynie. Veeraswamy na Regent Street otworzył się w 1926 roku i działa do dziś. Punjab Restaurant na Neal Street uchodzi za jedną z najstarszych działających północnoindyjskich restauracji w Londynie.

Po drugiej wojnie światowej rząd brytyjski sprowadził robotników z Indii, Pakistanu, Bangladeszu na uzupełnienie braków siły roboczej. Pierwsza fala restauratorów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych pochodziła w dużej mierze z regionu Sylhet w Bangladeszu — z czasem znaczna część „indyjskich” restauracji w Wielkiej Brytanii była prowadzona przez Bangladeszów z Sylhet. W Balti Triangle w Birmingham, na Brick Lane i Drummond Street w Londynie, na Curry Mile w Manchesterze wyrosły enklawy kulinarne, w których samosa stała się standardową, domyślną przystawką. Akademik Virinder S. Kalra opublikował w „South Asia Research” w 2004 roku artykuł „The Political Economy of the Samosa” — analizujący, jak trójkątny pierożek stał się symbolem brytyjskiej wielokulturowości.

Polityka, chaiwallah i Bollywood

Samosa bywa czasem niewinna, a bywa bardzo polityczna.

Rozmowa przy herbacie — chai pe charcha — to od dekad codzienny rytuał klasy średniej i pracującej w Indiach. Herbata, samosa, pięć minut rozmowy w biurze, na dworcu, w przydrożnej herbaciarni. Potem jednak, w lutym 2014 roku, fraza stała się nazwą kampanii politycznej. BJP uruchomiła ją w wielu herbaciarniach i miastach, z wideokonferencjami Narendry Modiego. Geneza hasła była ironiczna: kongresowy lider Mani Shankar Aiyar kpił wcześniej, że „Modi nigdy nie zostanie premierem, ale jeśli chce rozdawać tu herbatę, znajdziemy dla niego miejsce”. BJP obróciła obelgę w atut — Modi sam, syn chaiwallaha, uderzył w strunę plebejskiej dumy. Wygrał w miażdżący sposób.

Najbardziej drastyczna polityczna historia samosy zdarzyła się jednak w Somalii. W lipcu 2011 roku islamistyczna organizacja Al-Shabaab (nie ISIS, które powstało dopiero w 2014 — częste, błędne przypisanie) zakazała samos na obszarach pod swoją kontrolą. Ciężarówki z megafonami jeździły po wioskach. W mediach pojawiało się wyjaśnienie, że trójkątny kształt przypomina chrześcijańską Trójcę Świętą i jest „zbyt zachodni”. BBC podało też alternatywną wersję: w czasie katastrofalnej klęski głodu niektórzy handlarze używali zepsutego mięsa, więc motywacja mogła być zdrowotna. Kary były surowe. Al-Shabaab wcześniej już zakazywało staników, muzyki i Mistrzostw Świata.

Mniej dramatycznie, ale i ostatnio: w październiku 2024 roku w Himachal Pradesh samosy i ciastka przeznaczone dla premiera stanu zostały omyłkowo podane personelowi ochrony. CID wszczęło formalne śledztwo. Internet ochrzcił sprawę #SamosaScandal i #Snackgate2024.

W Bollywood samosa rzadko bywa bohaterką sceny, częściej jest tłem codzienności — w scenach herbaciarskich, dworcowych, rodzinnych. Ale to właśnie to tło, powtarzane w niezliczonych filmach, czyni ją kulturowym znakiem Indii.

Jest też powszechne przekonanie, że samosa to narodowa przekąska Indii. Warto jednak zaznaczyć: nie istnieje żaden oficjalny dokument rządowy nadający jej taki status. To określenie popularno-kulturowe, używane przez dziennikarzy i branżę gastronomiczną. Historycy, jak Rana Safvi i Pushpesh Pant, przypominają, że samosa ma niehinduistyczne, perskie korzenie i jest raczej symbolem indyjskiego synkretyzmu niż rdzennej tożsamości. Pushpesh Pant nazywa ją wprost „the ultimate syncretic dish” — ostateczną synkretyczną potrawą.

Polska mapa samosy: gdzie kupić, czym zastąpić

Najprostsza ścieżka polskiego kucharza prowadzi przez dwa źródła: sklepy z żywnością indyjską lub azjatycką w dużych miastach oraz sklepy internetowe dla rzadszych przypraw.

W Polsce coraz łatwiej kupić podstawowe składniki do samosy: maidę, attę, dal, przyprawy indyjskie, amchur, ajwain, garam masalę, kasuri methi, gotowe chutneye, a także mrożone gotowe samosy. Największy wybór zwykle mają specjalistyczne sklepy indyjskie, sklepy z kuchniami świata, delikatesy azjatyckie oraz sprzedaż internetowa. W większych miastach warto szukać także niewielkich sklepów prowadzonych przez społeczności południowoazjatyckie, bo często mają świeższe przyprawy i bardziej praktyczny asortyment niż duże sieci.

Maidę można więc kupić, ale jeśli akurat chcemy ją zastąpić polską mąką — mamy hierarchię. Najbliżej maidy pozostaje mąka tortowa typ 450 — niska popiołowość, drobna struktura. Dla miększej, kruchej skórki łączy się ją ze skrobią kukurydzianą w proporcji osiemdziesiąt pięć do piętnastu. Mąka luksusowa typ 550 działa, ale daje twardszą skórkę; trzeba wtedy lekko zwiększyć ilość moyanu. Poznańska typ 500 zadziała awaryjnie. Nie używać mąki chlebowej (typ 750 i wyżej), orkiszowej pełnoziarnistej ani atty — ta ostatnia daje ciemniejszy, orzechowy smak, charakterystyczny dla niektórych pendżabskich samos, ale nie klasyczny „khasta”.

Amchur jest dostępny w sklepach z przyprawami indyjskimi, ale można go zastąpić. Najprostszy sposób to sok z cytryny: pół łyżeczki amchuru to około łyżki soku, z korektą wilgotności farszu. Bardziej wysmakowany zamiennik to sumak — bliskowschodnia przyprawa o dominująco kwaśnym, owocowym profilu. Proporcja jeden do jednego, z drobnym zastrzeżeniem: czerwony kolor lekko zabarwi farsz. Dobrym pomysłem konceptualnym są też suszone, niedojrzałe jabłka zmielone na puder — kwas jabłkowy dominuje, profil jest mniej owocowo-żywiczny niż amchur, ale bliższy niż cytryna. Suszone śliwki węgierki sproszkowane nie zadziałają — zawierają za dużo cukru, więc dodają słodyczy zamiast kwasu, dają obcy, kompotowy profil.

Ajwain znajdziemy w sklepach indyjskich i internetowych. Nie mylmy go z polskim kminkiem ani z kuminem rzymskim — to trzy różne rośliny. Prawdziwy garam masala marek indyjskich kupimy tam, gdzie ajwain. Jeszcze lepiej — zrobić własny, prażąc na suchej patelni dwie łyżki kolendry, łyżkę kminu rzymskiego, łyżeczkę nasion kardamonu, łyżeczkę czarnego pieprzu, pięć goździków, trzycentymetrową laskę cynamonu, dwa liście laurowe, pół gałki muszkatołowej — i mieląc w młynku.

Świeże liście curry są w Polsce rzadkością; częściej dostępne są mrożone lub suszone, choć suszone szybko tracą aromat. Dla koneserów alternatywa: drzewko curry w doniczce, dostępne czasem w ogrodnictwach internetowych. Kasuri methi — suszone liście kozieradki — są znacznie łatwiejsze do kupienia, tanie i trwałe.

Słowniczek i najczęstsze pytania

Aloo to w hindi ziemniak, matar — groszek, stąd aloo matar. Keema to mielone mięso. Chole — ugotowana ciecierzyca. Chaat — kategoria ulicznych dań z ostrych, kwaśnych, chrupiących dodatków. Ghee to klarowane masło, wielokrotnie przefiltrowane, o orzechowo-karmelowym aromacie i wysokiej temperaturze dymienia — stąd ulubione do smażenia. Tadka to technika podsmażania przypraw w ghee na ostatnim etapie gotowania. Dal oznacza soczewicę lub rozdrobnioną roślinę strączkową, a także gotową potrawę z niej. Khasta to indyjski termin dla delikatnej, kruchej, warstwowej skórki. Tandoor to gliniany piec, tandyr jego wariant nazewniczy spotykany m.in. w Azji Centralnej.

Czy samosa musi być trójkątna?

Formalnie nie — w Hyderabadzie luqmi jest kwadratowa, na Bliskim Wschodzie sambusak bywa półksiężycowaty, w Azji Centralnej samsa pieczona w tandyrze przyjmuje najróżniejsze kształty. Ale w świadomości globalnej — tak, to właśnie trójkąt.

Czy samosa jest zawsze smażona?

Nie. Samsa w Uzbekistanie, sambusak w Libanie, brytyjskie oven-baked samosy — wszystkie mogą być pieczone. Pieczony wariant traci warstwową khastę, ale zyskuje na zdrowotności i prostocie.

Czy można samosę zamrozić?

Tak, przed smażeniem, surową; wytrzymuje trzy miesiące; smażymy bez rozmrażania w stu sześćdziesięciu stopniach przez dwanaście–piętnaście minut. Zamrażanie po smażeniu daje gorsze rezultaty — ciasto miękczeje i już nie wraca do khasty.

Czy maida jest niezdrowa?

Rafinowana mąka pszenna, niezależnie od nazwy, ma niższą zawartość błonnika i minerałów niż mąka pełnoziarnista. W wersji pełnoziarnistej samosa staje się jednak zupełnie inną potrawą — raczej bliższą bengalskiej singarze z grubszego ciasta.

Dlaczego trójkąt wygrał

Samosa jest małym przedmiotem i wielką historią. Tysiąc lat temu perscy kucharze pakowali mięso w trójkątne kieszenie z ciasta, bo tak było łatwiej nieść je na szlakach. Nababowie z Delhi jedli je przed pulao, Akbar dał im oficjalną nazwę hindustańską, Portugalczycy przywieźli ziemniak, który zdemokratyzował przekąskę, Brytyjczycy zabrali samosę do Bradford, hinduscy robotnicy do Nairobi i Trynidadu, a Al-Shabaab próbowało ją zakazać, bo trójkąt wyglądał mu jak Trójca Święta. Ani zakazy, ani wojny, ani embarga, ani żadna polityczna opowieść nie potrafiły jej zatrzymać, bo była zbyt użyteczna, zbyt trwała, zbyt smaczna i zbyt tania.

W polskiej kuchni 2026 roku samosa jest wciąż egzotyką, ale egzotyką, którą można zrobić samemu z tortowej typ 450, skrobi kukurydzianej, oleju i ziemniaków z targu — tyle że z odrobiną wiedzy: że moyan ma mieć dwadzieścia procent, że ciasto ma się krótko wyrabiać, że olej ma mieć około stu sześćdziesięciu, a nie sto osiemdziesiąt, że kurkuma idzie do tłuszczu, a garam masala do ostatnich pięciu minut. Te kilka liczb i ruchów dłoni łączy nas z Ibn Battutą, Akbarem, Amirem Khusrowem i każdym chaiwallahem na każdym peronie między Amritsarem a Kalkutą.

I to jest, być może, najgłębszy sens samosy. Nie w tym, że jest „narodową przekąską Indii” — bo oficjalnie nie jest. Nie w tym, że podbiła świat — bo podbić można oręż, a ona podbiła podniebienia. Samosa zwyciężyła, bo zmieściła tysiąc lat historii, cztery kontynenty i siedemnaście przypraw w trójkącie, który można zjeść w trzech kęsach. To chyba najkrótsza definicja cywilizacji, jaką kuchnia jest w stanie zaproponować.

 

Tagi
Kobieta w Krakowie - Portal dla kobiet

Redakcja działu gotowanie

Redakcja działu Gotowanie przygotowuje przepisy, przewodniki po składnikach i teksty o kuchniach świata. Stawiamy na praktyczne gotowanie, dostępność produktów w Polsce, sprawdzone proporcje, zamienniki i wskazówki, które pomagają odtworzyć danie w domowej kuchni.

Najnowsze artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button
Close