Kochamy NaukęWulkanologia i wulkany

1816 Rok bez lata: Jak erupcje wulkaniczne mogą wpłynąć na naszą przyszłość

Jak erupcja wulkanu Tambora ochłodziła planetę i zmieniła historię

Latem 1816 roku w Nowej Anglii padał śnieg, w Szwajcarii w latach głodu opisywano ludzi jedzących trawę i dzikie rośliny, a nad Jeziorem Genewskim grupa znudzonych deszczem przyjaciół wymyśliła Frankensteina. Wszystko przez górę, która eksplodowała na drugim końcu świata. Oto historia najdziwniejszego roku w nowożytnych dziejach — i lekcja o tym, jak krucha potrafi być cywilizacja.

Rok bez lata to określenie wyjątkowo zimnego i deszczowego roku 1816, kiedy na półkuli północnej doszło do gwałtownych anomalii pogodowych, klęsk głodu i kryzysów społecznych. Główną przyczyną była potężna erupcja wulkanu Tambora w 1815 roku na wyspie Sumbawa w dzisiejszej Indonezji.

Wulkan wyrzucił do stratosfery ogromne ilości dwutlenku siarki. Z gazu powstały aerozole siarczanowe, które odbijały część promieniowania słonecznego i czasowo ochłodziły klimat. Skutki odczuwano w Europie, Ameryce Północnej i Azji: padał śnieg w czerwcu, niszczone były uprawy, rosły ceny żywności, wybuchały epidemie i migracje.

Erupcja Tambory jest uznawana za najpotężniejszą dobrze udokumentowaną erupcję w czasach historycznych. Jej konsekwencje wpłynęły nie tylko na klimat i rolnictwo, ale także na kulturę — z rokiem bez lata łączy się m.in. powstanie „Frankensteina” Mary Shelley oraz narodziny jednego z przodków roweru.

Artykuł jest publikowany w ramach sekcji Kochamy Naukę. W cyklu przyglądamy się m.in. trzęsieniom ziemi, wulkanom, a także zjawiskom meteorologicznym.

Wieczór, który zaczął się od huku

Wyobraźcie sobie, że siedzicie wieczorem 10 kwietnia 1815 roku na werandzie domu w mieście na wyspie Jawa. Robi się ciemno, dzień był upalny i wilgotny, jak to w tropikach. I nagle słyszycie huk. Nie taki zwykły huk burzy — coś znacznie potężniejszego, dudniącego, jakby gdzieś daleko prowadzono ostrzał artyleryjski. Brzmi to tak realistycznie, że brytyjski gubernator porucznik Stamford Raffles, urzędujący właśnie na Jawie, wysyła żołnierzy, by sprawdzili, czy to nie atak. Z innych placówek wypływają nawet statki, szukając okrętu w opałach, który rzekomo wystrzeliwuje sygnały rozpaczy.

Tyle że nie było żadnej bitwy ani statku w opałach. Huk, który słyszano na obszarze o promieniu przekraczającym 2600 kilometrów — to mniej więcej tak, jakby eksplozję w Warszawie usłyszano w Lizbonie albo w Moskwie — pochodził z góry o nazwie Tambora, położonej na wyspie Sumbawa w dzisiejszej Indonezji. Góra właśnie się rozrywała. I choć nikt wtedy o tym nie wiedział, wydarzenie to miało zmienić bieg historii na całym świecie: wywołać głód w Europie, śnieżyce w lipcu w Ameryce, narodziny literatury grozy, narodziny jednego z przodków roweru, a nawet — być może pośrednio — przyspieszyć drogę ziemniaka do roli jednego z filarów polskiej kuchni.

To historia o tym, jak wszystko na naszej planecie jest ze sobą połączone. O tym, że atmosfera nie zna granic państwowych, a wydarzenie geologiczne w jednym miejscu Ziemi może po kilkunastu miesiącach zabić rolnika kilkanaście tysięcy kilometrów dalej. To także — a może przede wszystkim — fascynująca opowieść detektywistyczna, w której naukowcy przez ponad sto lat składali rozsypane elementy układanki, by w końcu zrozumieć, co właściwie wydarzyło się w roku bez lata.

Zacznijmy więc od początku. Od samej góry.

Bohaterka — a może czarny charakter — tej opowieści: wulkan Tambora

Zanim w 1815 roku Tambora pokazała światu, na co ją stać, była po prostu jedną z wielu gór w archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Wysoką, owszem — mierzyła około 4300 metrów nad poziomem morza, należąc do najwyższych szczytów całego regionu. Na jej zboczach rosły lasy, ludzie uprawiali ryż, hodowali konie, handlowali miodem i drewnem sandałowym. U podnóża żył nawet odrębny lud — Tamborowie — posługujący się własnym, unikalnym językiem.

Geologicznie Tambora to stratowulkan — czyli ten klasyczny, „podręcznikowy” typ wulkanu o stożkowatym kształcie, zbudowany z naprzemiennych warstw zastygłej lawy i popiołu. Powstała tam, gdzie powstaje wiele najgroźniejszych wulkanów świata: w strefie subdukcji. To miejsce, w którym jedna płyta tektoniczna wsuwa się pod drugą — w tym przypadku płyta indoaustralijska nurkuje pod płytę sundajską, należącą do szerszego systemu płyty eurazjatyckiej. Wraz z pogrążającą się płytą w głąb Ziemi trafiają uwodnione minerały i osady; uwalniane z nich woda oraz inne składniki lotne obniżają temperaturę topnienia skał płaszcza nad płytą. Dzięki temu powstaje magma, która z czasem szuka drogi ku powierzchni. Cały ten rejon — Łuk Sundajski — to wręcz fabryka wulkanów, część słynnego Pacyficznego Pierścienia Ognia.

Tambora budziła się powoli. Już od około 1812 roku okoliczni mieszkańcy odczuwali wstrząsy, widzieli dym i czuli zapach siarki. Góra od czasu do czasu pomrukiwała, ale nikt nie traktował tego poważnie — w końcu wulkany w tej okolicy „pomrukują” regularnie. To była cisza przed burzą, trwająca prawie trzy lata. Pod skorupą gromadziło się ciśnienie, magma napierała ku górze, a góra dosłownie nabrzmiewała napięciem.

A potem przyszedł kwiecień 1815 roku.

Krater wulkanu Tambora

Eksplozja, jakiej ludzkość nie widziała

Pierwsze poważne wybuchy zaczęły się 5 kwietnia. Były na tyle silne, że — jak już wiemy — pomylono je z artylerią. Ale to była dopiero rozgrzewka. Prawdziwa katastrofa nadeszła wieczorem 10 kwietnia 1815 roku.

To, co się wtedy stało, geolodzy nazywają erupcją ultrapliniańską — najpotężniejszym typem wybuchu wulkanicznego, jaki istnieje. Z wnętrza góry wystrzeliła kolumna rozżarzonego popiołu, gazów i odłamków skalnych, która wzbiła się na wysokość około 43 kilometrów. To ponad cztery razy wyżej, niż latają samoloty pasażerskie. Słup ognia i pyłu przebił troposferę i wdarł się głęboko w stratosferę — i ten szczegół, choć może brzmi technicznie, okaże się kluczowy dla całej dalszej historii.

Z boków góry runęły w dół fale piroklastyczne — to jedno z najbardziej przerażających zjawisk, jakie potrafi wytworzyć wulkan. Wyobraźcie sobie lawinę, ale nie ze śniegu, tylko z rozżarzonego do kilkuset stopni gazu, popiołu i odłamków skał, pędzącą w dół zbocza z prędkością nawet kilkuset kilometrów na godzinę. Nic, co stanie jej na drodze, nie ma szans. Te fale dotarły do morza ze wszystkich stron półwyspu, a ich wejście do wody mogło wywołać lokalne tsunami. Wysokość fal rekonstruuje się różnie: w pobliżu źródła mogły one osiągać kilka metrów, a według części szacunków lokalnie nawet około dziesięciu metrów. Tsunami odnotowano na sąsiednich wyspach archipelagu, między innymi na Lomboku, Bali i Celebesie, czyli dzisiejszym Sulawesi.

Sama góra przy okazji straciła około jednej trzeciej swojej wysokości. Szczyt, który wcześniej sięgał 4300 metrów, po erupcji mierzył już tylko 2851 metrów. W miejscu, gdzie kiedyś był wierzchołek, pozostała gigantyczna kaldera — krater o średnicy sześciu, siedmiu kilometrów i głębokości sięgającej 600–700 metrów. Po prostu znaczna część góry przestała istnieć, rozproszona po niebie i okolicy.

Aktywność nie ustała od razu. Wulkan dudnił, pluł popiołem i dymił jeszcze przez wiele tygodni — ostateczne uspokojenie nastąpiło dopiero 15 lipca 1815 roku. Ale najgorsze stało się już tej kwietniowej nocy.

Ile to właściwie było? Skala, która rozsadza wyobraźnię

Naukowcy mają specjalną skalę do mierzenia siły erupcji wulkanicznych. Nazywa się VEI, czyli Volcanic Explosivity Index — wskaźnik eksplozywności wulkanicznej. Działa w przybliżeniu podobnie do znanych skal logarytmicznych: każdy kolejny stopień oznacza zwykle około dziesięciokrotnie większą objętość wyrzuconego materiału. Trzeba jednak pamiętać, że VEI nie mierzy samej energii erupcji — uwzględnia przede wszystkim ilość materiału piroklastycznego, wysokość kolumny erupcyjnej i charakter wybuchu.

Tambora dostała ocenę VEI 7.

Żeby zrozumieć, co to znaczy: jest to najpotężniejsza erupcja w całej udokumentowanej historii ludzkości. To także ostatnia jednoznacznie potwierdzona erupcja o tej sile, jaka miała miejsce na Ziemi. Dla porównania — słynny wybuch wulkanu Wezuwiusz, który w 79 roku naszej ery pogrzebał Pompeje, miał VEI 5. Erupcja Mount St. Helens w USA w 1980 roku, która była ogromnym wydarzeniem medialnym i naukowym, też miała VEI 5 — a Tambora była od niej około stukrotnie potężniejsza. Nawet słynny wybuch Krakatau z 1883 roku, o którym pewnie słyszeliście, był słabszy.

Ile materiału wyrzuciła Tambora? Tu szacunki się różnią — i to jest ważne, bo pokazuje, jak trudno zmierzyć coś takiego po fakcie. Trzeba też odróżnić kilka miar: objętość luźnej tefry, objętość w przeliczeniu na litą skałę oraz objętość samej magmy. Najczęściej podaje się, że łączna objętość wyrzuconej tefry mogła sięgać ponad 100 kilometrów sześciennych, a według części rekonstrukcji nawet około 150 kilometrów sześciennych lub więcej. W przeliczeniu na litą skałę albo magmę mówimy raczej o kilkudziesięciu kilometrach sześciennych. Badania zespołu Stephena Selfa z 2004 roku wskazywały na około 30–33 kilometrów sześciennych magmy — co i tak jest wartością monstrualną.

Marek Blacha z Instytutu Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk, który badał wpływ tego wydarzenia na ziemie polskie, ma na to świetne, plastyczne porównanie. Mówi, że wulkan wyrzucił do atmosfery około 200 kilometrów sześciennych materiału — co odpowiada „czemuś w rodzaju 200 tysięcy Pałaców Kultury zmielonych w proch i wyrzuconych do atmosfery”. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Dwieście tysięcy warszawskich Pałaców Kultury, rozdrobnionych i wystrzelonych w niebo. To może dać jakie takie pojęcie o skali.

Tragedia ludzka u podnóża góry

Zanim przejdziemy do globalnych skutków, zatrzymajmy się na chwilę przy tych, którzy ucierpieli najbardziej i najbezpośredniej — przy mieszkańcach Sumbawy i okolicznych wysp.

Fale piroklastyczne i tsunami zabiły niemal natychmiast około dziesięciu tysięcy osób. Wśród nich była praktycznie cała społeczność wspomnianego już ludu Tambora — około dziesięciu tysięcy ludzi posługujących się własnym, niepowtarzalnym językiem. Ta kultura zniknęła z powierzchni Ziemi w jedną noc, zanim jakikolwiek badacz zdążył ją opisać. Jej materialne ślady zaczęto lepiej poznawać dopiero na początku XXI wieku, gdy archeolodzy znaleźli pod warstwami popiołu pozostałości osady — domy, narzędzia i ludzkie szczątki. Naukowcy porównywali później to miejsce do „Pompejów Wschodu”, przez analogię do rzymskiego miasta pogrzebanego przez Wezuwiusza.

Ale bezpośrednie ofiary to dopiero początek. Po erupcji okoliczne wyspy pokryła gruba warstwa popiołu, która zniszczyła uprawy i zatruła wodę. Zaczął się głód i choroby. Łączna liczba ofiar — wliczając tych, którzy zmarli później z głodu i z powodu epidemii — jest przedmiotem sporu wśród historyków. Dawniejsze szacunki mówiły o około 88 tysiącach ofiar. Współczesne źródła podają najczęściej co najmniej 71 tysięcy, ale niektóre oceny, uwzględniające wszystkie dalekosiężne skutki na całym świecie, sięgają nawet ćwierć miliona ludzi.

To liczby, które łatwo przelecieć wzrokiem, więc warto się przy nich na moment zatrzymać. Za każdą z nich kryje się człowiek — rolnik, który patrzył, jak popiół zasypuje jego pole; matka, która nie miała czym nakarmić dzieci; rybak, którego łódź zmiotła fala. Erupcja Tambory była nie tylko spektakularnym zjawiskiem geologicznym. Była jedną z największych katastrof humanitarnych w dziejach.

Niewidzialny zabójca: jak wulkan ochłodził całą planetę

Tu dochodzimy do sedna naszej zagadki. Bo skoro erupcja miała miejsce w kwietniu 1815 roku, dlaczego „rok bez lata” to dopiero rok 1816? I jak to w ogóle możliwe, że góra w Indonezji wpłynęła na pogodę w Vermoncie czy w Szwajcarii?

Odpowiedź kryje się nie w popiele — ten, choć efektowny, dość szybko opada na ziemię — lecz w niewidzialnym gazie: dwutlenku siarki.

Przypomnijcie sobie, że kolumna erupcyjna Tambory sięgnęła aż 43 kilometrów w górę, przebijając się do stratosfery. To okazało się kluczowe. Gdyby wulkan był słabszy i jego pył dotarł tylko do troposfery — czyli najniższej warstwy atmosfery, tej, w której kształtuje się pogoda — wszystko zostałoby dość szybko wypłukane przez deszcze i opadłoby na ziemię w ciągu kilku tygodni. Ale stratosfera jest inna. Jest stabilna, sucha, nie ma w niej deszczu. To, co tam trafi, zostaje na długo — na miesiące, a nawet lata.

I właśnie do stratosfery Tambora wstrzyknęła ogromne ilości dwutlenku siarki. Ile dokładnie? Tu znów szacunki się różnią — i to bardzo, między innymi dlatego, że źródła nie zawsze mówią o tej samej wielkości: raz o masie siarki, raz o masie dwutlenku siarki. Część badaczy, jak Clive Oppenheimer, przyjmowała wysokie wartości emisji związków siarki, porównywane z erupcją Pinatubo z 1991 roku. Zespół Stephena Selfa oszacował z kolei, że Tambora uwolniła około 53–58 megaton dwutlenku siarki, głównie w ciągu doby 10–11 kwietnia 1815 roku.

Co dzieje się z tym dwutlenkiem siarki w stratosferze? Tu zaczyna się chemiczna magia (a właściwie — chemiczne nieszczęście). Gaz reaguje z parą wodną i utlenia się, tworząc maleńkie kropelki kwasu siarkowego — tak zwane aerozole siarczanowe. Są mikroskopijne, mniejsze niż mikrometr średnicy. I tworzą zawiesinę — coś w rodzaju niewidzialnej, rozproszonej mgły, która unosi się wysoko nad naszymi głowami.

Prądy powietrzne w stratosferze szybko rozniosły te aerozole wokół całej planety. W ciągu kilkunastu miesięcy cała Ziemia była otulona cienkim woalem drobinek kwasu siarkowego. Oppenheimer nazwał to obrazowo „stratosferycznym welonem aerozoli siarczanowych”.

A teraz najważniejsze: te drobinki odbijają światło słoneczne. Działają jak miliardy mikroskopijnych lusterek rozsianych w górnych warstwach atmosfery. Część promieni słonecznych, które normalnie dotarłyby do powierzchni Ziemi i ją ogrzały, zostaje odbita z powrotem w kosmos. Efekt? Powierzchnia planety się ochładza. Ciekawostka: jednocześnie sama stratosfera się ogrzewa, bo to tam pochłaniana jest energia — ale dla nas, mieszkańców powierzchni, liczy się to, że robi się chłodniej.

To zjawisko ma swoją nazwę: zima wulkaniczna. I to właśnie ona, a nie sam popiół, była prawdziwą przyczyną roku bez lata. Aerozolom potrzeba było kilku miesięcy, by rozprzestrzenić się po całej planecie i osiągnąć pełnię swojego chłodzącego działania — dlatego najgorsze skutki przyszły nie w 1815, lecz w 1816 roku.

Jak duże było to ochłodzenie? Może się wydawać, że niewielkie — globalnie temperatury spadły o około 0,4 do 0,7 stopnia Celsjusza. Analiza zespołu Berkeley Earth wskazuje na przejściowy spadek średniej temperatury lądów o około 1 stopień. Szacunki dla półkuli północnej i poszczególnych sezonów różnią się, ale lato 1816 roku było wyraźnie chłodniejsze od normy, a w Europie i Ameryce Północnej lokalne anomalie były znacznie większe niż średnia globalna. „Tylko tyle?” — zapytacie. Ale w klimacie nawet ułamki stopnia w skali całej planety to ogromna ilość energii. A lokalnie, w niektórych regionach i w konkretnych miesiącach, spadki były znacznie większe — sięgały kilku stopni. I właśnie te lokalne, sezonowe anomalie wystarczyły, by zniszczyć plony i zabić tysiące ludzi.

Warto się tu na moment zatrzymać przy jednej rzeczy, która wielu ludziom wydaje się sprzeczna z intuicją. Jak to możliwe, że ochłodzenie „tylko” o pół stopnia w skali globu doprowadziło do takiej katastrofy? Odpowiedź tkwi w tym, że średnia globalna to liczba, która wiele ukrywa. Pomyślcie o tym tak: jeśli przez tydzień jest średnio 20 stopni, może to oznaczać siedem przyjemnych dni po 20 stopni — albo cztery upalne dni po 30 stopni i trzy noce przymrozków. Średnia ta sama, skutki dla ogrodu kompletnie różne. Tambora nie tyle „obniżyła termometr” równomiernie na całej planecie, ile rozregulowała cały system. Zaburzyła obieg powietrza, przesunęła trasy wędrówek burz i frontów, zmieniła rozkład opadów. W jednych miejscach robiło się katastrofalnie zimno, w innych — paradoksalnie — cieplej. Najgroźniejsze były nie tyle same niskie temperatury, ile ich nieprzewidywalność i to, że uderzały dokładnie wtedy, gdy rośliny były najbardziej wrażliwe — podczas kiełkowania i dojrzewania. Jeden przymrozek w niewłaściwym momencie potrafi zniszczyć cały plon, niezależnie od tego, jaka była „średnia roczna”.

To nie była tylko Tambora. Spisek okoliczności

Tu historia robi się jeszcze ciekawsza, bo okazuje się, że Tambora nie działała w próżni. Rok bez lata był efektem swoistego „idealnego sztormu” — splotu kilku niekorzystnych czynników, które się na siebie nałożyły.

Po pierwsze, Słońce akurat miało gorszy okres. Lata 1790–1830 to czas zwany Minimum Daltona — od nazwiska angielskiego meteorologa i chemika Johna Daltona. W tym okresie aktywność Słońca była wyraźnie obniżona. Liczba plam słonecznych — tych ciemniejszych obszarów na powierzchni gwiazdy, które są wskaźnikiem jej aktywności — wynosiła w szczytach cykli zaledwie około jednej trzeciej tego, co obserwujemy w normalnych czasach. Maj 1816 roku odnotował wręcz najniższą aktywność słoneczną w całej ówczesnej historii pomiarów. Mniej aktywne Słońce to nieco mniej energii docierającej do Ziemi — a więc dodatkowe ochłodzenie.

Trzeba tu jednak od razu zachować naukową ostrożność. To, że Minimum Daltona zbiegło się w czasie z rokiem bez lata, nie znaczy, że było jego główną przyczyną. Badacze są zgodni: za ochłodzenie odpowiadała przede wszystkim Tambora. Wpływ słabszego Słońca był prawdopodobnie niewielki — choć mógł dorzucić swoje trzy grosze do ogólnego chłodu. To dobra lekcja krytycznego myślenia: sama zbieżność dwóch zjawisk w czasie (korelacja) nie dowodzi jeszcze, że jedno wynika z drugiego (związek przyczynowy).

Po drugie — i to jest naprawdę interesujące — Tambora nie była jedynym wulkanem, który dał o sobie znać w tamtej dekadzie. Lata 1810. były wręcz nieszczęśliwie „wulkaniczne”. Już kilka lat przed Tamborą doszło do serii erupcji, które stopniowo obciążały atmosferę pyłem i siarką. Była tajemnicza erupcja z przełomu 1808 i 1809 roku — do dziś nie wiemy na pewno, który wulkan ją spowodował! Rdzenie lodowe pokazują, że ktoś wtedy wstrzyknął do stratosfery mnóstwo siarki — mniej więcej połowę tego, co później Tambora. Potem był wybuch wulkanu La Soufrière na karaibskiej wyspie Saint Vincent w 1812 roku, wulkanu Awu w Indonezji w tym samym roku, Suwanosejima na japońskich Wyspach Riukiu w 1813 i Mayon na Filipinach w 1814.

Wyobraźcie sobie, że atmosfera to szklanka wody, a każda erupcja dolewa do niej trochę mleka, czyniąc wodę coraz bardziej mętną. Te wcześniejsze wybuchy już ją zmętniły. A potem przyszła Tambora i wlała całą butelkę. Efekt był skumulowany. Dlatego cała dekada lat 1810. jest uznawana za najzimniejszą w całym okresie, dla którego mamy pomiary, a rok 1816 był prawdopodobnie najzimniejszym rokiem na półkuli północnej od co najmniej 250 lat — a według niektórych analiz nawet od XV wieku.

Do tego wszystkiego dochodził fakt, że Ziemia i tak była wtedy w chłodniejszej fazie zwanej małą epoką lodową, trwającą mniej więcej od XIV do XIX wieku. Innymi słowy: planeta była już „rozgrzana” do bycia chłodną, Słońce nie dogrzewało, a tu jeszcze seria wulkanów dorzuciła swoje. Tambora trafiła w idealnie zły moment.

Lato, którego nie było: podróż dookoła świata

A teraz przejdźmy do tego, co działo się na powierzchni — do ludzi, którzy bez żadnej wiedzy o indonezyjskich wulkanach po prostu doświadczali najdziwniejszej pogody w swoim życiu. Wyruszmy w podróż dookoła świata roku 1816.

Ameryka Północna: śnieg w czerwcu

Najmocniej oberwała Nowa Anglia — północno-wschodni zakątek dzisiejszych Stanów Zjednoczonych — oraz atlantycka Kanada i północ stanu Nowy Jork. To, co się tam działo, brzmi jak scenariusz filmu katastroficznego.

W maju 1816 roku przymrozki zaczęły niszczyć uprawy na wyżej położonych terenach. Ale prawdziwy szok przyszedł w czerwcu. Szóstego czerwca śnieg spadł w Albany w stanie Nowy Jork i w miejscowości Dennysville w stanie Maine. W okolicach Quebecu między 6 a 10 czerwca nagromadziło się około 30 centymetrów śniegu. W miejscowości Cabot w stanie Vermont pokrywa śnieżna sięgnęła 46 centymetrów. Przypomnijmy — to wszystko w czerwcu, miesiącu, który na tej szerokości geograficznej powinien być w pełni wiosenny, niemal letni.

Pogoda potrafiła wariować w sposób okrutny. Temperatura w ciągu kilku godzin spadała z letnich 35 stopni do okolic zera. Rolnik mógł rano siać przy upale, a wieczorem patrzeć, jak przymrozek niszczy to, co zasiał. W lipcu i sierpniu lód pojawiał się na rzekach i jeziorach aż po północno-zachodnią Pensylwanię. Przymrozki w stanie Wirginia odnotowano jeszcze 20 i 21 sierpnia.

Zachował się przejmujący zapis lekarza i astronoma-amatora Edwarda Holyoke’a, który 7 czerwca zanotował we Franconii w stanie New Hampshire: „niezwykle zimno. Ziemia zamarznięta na kość, w ciągu dnia szkwały śnieżne. Sople 30 centymetrów długie w cieniu w samo południe”. Sople. W czerwcu. W południe.

Skutki gospodarcze były natychmiastowe. Cena owsa — kluczowej paszy dla koni — skoczyła z 12 centów za buszel w 1815 roku do 92 centów w 1816. To wzrost o ponad 600 procent. Nawet Thomas Jefferson, były prezydent Stanów Zjednoczonych, który osiadł na emeryturze w swojej posiadłości Monticello w Wirginii i zajmował się rolnictwem, poniósł tak dotkliwe straty w plonach, że jeszcze bardziej zabrnął w długi.

Amerykanie nadali temu rokowi gorzkie przezwiska. Mówiono o „Eighteen-hundred-and-froze-to-death” — co można przetłumaczyć jako „Tysiąc osiemset zamarznij-na-śmierć”. Nazywano go też „Rokiem ubóstwa”.

Europa: najzimniejsze lato w historii pomiarów

Przepłyńmy przez Atlantyk. W Europie sytuacja była, jeśli to możliwe, jeszcze dramatyczniejsza — między innymi dlatego, że kontynent był znacznie gęściej zaludniony i właśnie podnosił się z kolan po wyniszczających wojnach napoleońskich.

Lato 1816 roku było w Europie najzimniejszym latem w całej historii pomiarów instrumentalnych. To nie jest przenośnia ani przesada — to ustalenie naukowców, którzy przeanalizowali zbiór danych obejmujący 235 lat, od 1766 do 2000 roku. W tym całym okresie nie było chłodniejszego lata niż to z 1816 roku. W Europie Środkowej anomalia temperatury sięgała 1,7 stopnia poniżej normy, a do tego lato było wyjątkowo deszczowe.

I to właśnie ten deszcz, w połączeniu z chłodem, okazał się zabójczy dla rolnictwa. Lało nieustannie. Wezbrały główne rzeki kontynentu, w tym Ren. Powodzie nie tylko niszczyły pola, ale też utrudniały transport zboża tam, gdzie było go jeszcze trochę. W sierpniu zdarzały się przymrozki. Na Węgrzech spadł śnieg zabarwiony na brązowo przez popiół wulkaniczny, a w północnych Włoszech notowano czerwony śnieg — niesamowite, niepokojące zjawiska, które ówczesnym ludziom musiały wydawać się złowrogimi znakami.

W Wielkiej Brytanii i Irlandii niskie temperatury i ulewne deszcze zniszczyły uprawy pszenicy, owsa i ziemniaków. Najdłuższy ciągły zapis temperatury na świecie — Central England Temperature, sięgający 1659 roku — pokazuje, że rok 1816 był jedenastym najzimniejszym rokiem w całej tej serii, z trzecim najzimniejszym latem i absolutnie najzimniejszym lipcem w historii. Pisarka Jane Austen, ta od „Dumy i uprzedzenia”, uchwyciła nastrój tamtego lata w liście do siostrzeńca: „To naprawdę zbyt złe (…) i zaczynam myśleć, że już nigdy nie będzie pogody”.

W Szwajcarii lato 1816 roku było chłodniejsze od normy o około 3,2 stopnia. Lata 1816 i 1817 były tam tak zimne, że pod jęzorem lodowca Giétro w dolinie Val de Bagnes uformowała się tama z lodu, za którą zebrało się jezioro. Inżynier Ignaz Venetz próbował zapobiec katastrofie, ale w czerwcu 1818 roku tama runęła, a powódź zabiła 40 osób. Pewien świadek tamtych dni zapisał słowa, które oddają beznadzieję: „Deszcz nie ustaje, nie ma dnia bez deszczu. Nędza jest nie do opisania. To najgorszy czas, jaki pamiętam”.

Azja: zakłócony monsun i narodziny „złotego trójkąta”

Skutki Tambory dotarły też oczywiście do samej Azji. W Chinach erupcja zakłóciła monsun — ten regularny, sezonowy system wiatrów i deszczów, od którego zależy całe tamtejsze rolnictwo. Efektem były niszczycielskie powodzie w dolinie rzeki Jangcy.

W górzystej prowincji Yunnan na południu Chin doszło do prawdziwej tragedii. Zimne wiatry i powodzie przez trzy kolejne lata niszczyły uprawy ryżu, wywołując straszliwy głód. W szczytowym momencie zrozpaczeni chłopi jedli białą glinę — nazywaną „guanyintu”, czyli „ziemia bogini Guanyin” — by oszukać głód. Rodzice, nie mając czym wyżywić dzieci, sprzedawali je. To jeden z tych obrazów, które przypominają, do czego prowadzi załamanie się rolnictwa.

Głód w Yunnanie miał nieoczekiwany i dalekosiężny skutek. Zdesperowani rolnicy zaczęli szukać uprawy bardziej odpornej i bardziej dochodowej niż zawodny ryż. Wybór padł na mak lekarski — roślinę, z której produkuje się opium. Ta zmiana w długiej perspektywie przyczyniła się do narodzin słynnego „złotego trójkąta” — regionu na pograniczu Birmy, Laosu i Tajlandii, który przez dziesięciolecia był jednym z głównych światowych ośrodków produkcji opium. Trudno o lepszy przykład tego, jak wydarzenie geologiczne może odbić się echem przez stulecia w zupełnie nieoczekiwany sposób.

Latem w różnych częściach Chin notowano śnieg — w prowincjach Jiangxi i Anhui, a nawet na tropikalnym Tajwanie spadły przymrozki. W Indiach opóźniony monsun, a potem gwałtowne ulewy, zaburzyły rytm rolniczy w sposób, który — jak się jeszcze przekonamy — miał przerażające konsekwencje zdrowotne dla całego świata.

Głód: ostatni wielki kryzys żywnościowy Zachodu

Skoro wiemy już, jak wyglądała pogoda, przejdźmy do jej najpoważniejszego skutku — głodu. Bo rok bez lata to przede wszystkim historia o tym, co dzieje się, gdy ludziom nagle brakuje jedzenia.

Po serii wulkanicznych nieszczęść lat 1810. plony były słabe już od kilku lat, a Tambora zadała cios ostateczny. Europa, jeszcze niepozbierana po ponad dwóch dekadach wojen napoleońskich, doświadczyła najgorszego głodu całego stulecia. Historyk John D. Post nazwał ten kryzys „ostatnim wielkim kryzysem aprowizacyjnym w świecie zachodnim” — czyli ostatnim wielkim, klasycznym głodem, jaki dotknął zachodnią Europę. I to określenie warto zapamiętać, bo pokazuje, że stoimy tu na pewnym przełomie historycznym.

Ceny żywności poszybowały w całej Europie. Ogólnoeuropejskie ceny zboża osiągnęły w 1817 roku mniej więcej półtorakrotność poziomu z 1815 roku, z kulminacją wiosną i wczesnym latem 1817. W Królestwie Wirtembergii — jednym z państw niemieckich — ceny pszenicy wzrosły w 1816 roku o oszałamiające 239 procent. Zachował się nawet pamiątkowy medal z 1817 roku z napisem „Große Theurung / Schlechte Nahrung” — „Wielka drożyzna / Marne pożywienie”. Wirtembergia była jedynym państwem niemieckim, w którym w latach 1816–1817 liczba zgonów przewyższyła liczbę urodzeń. Ludzie po prostu umierali szybciej, niż się rodzili.

Szczególnie przejmująca jest historia Szwajcarii, gdzie rok bez lata przyniósł ostatni wielki głód w dziejach tego kraju. Historyk Daniel Krämer poświęcił mu książkę o wymownym tytule „Menschen grasten nun mit dem Vieh” — „Ludzie paśli się teraz wraz z bydłem”. Tytuł nie jest metaforą. Pochodzi z relacji pastora Ruprechta Zollikofera z St. Gallen, który opisał, jak zgłodniali ludzie wychodzili na pastwiska i jedli trawę razem ze zwierzętami. W całej Szwajcarii głód pochłonął około dziesięciu tysięcy ofiar. W kantonie Appenzell rejestr z 1817 roku odnotował 3532 zgony przy zaledwie 1082 urodzeniach — to ponad trzy razy więcej śmierci niż narodzin. Ceny zboża wzrosły o 220 procent w Genewie i aż o 587 procent w Rorschach we wschodniej Szwajcarii.

W Irlandii głód zapanował na północy i południowym zachodzie kraju po klęsce upraw pszenicy, owsa i ziemniaków — i był, jak się przekonamy, dopiero zapowiedzią znacznie gorszych nieszczęść, jakie spadną na Irlandię trzy dekady później.

Ale w całej tej ponurej opowieści jest też jasna strona, i to ważna. Nie wszędzie plony zawiodły. W Skandynawii, w rejonie nadbałtyckim, we wschodniej Europie i zachodniej Rosji zbiory były niemal normalne. Dzięki temu car Aleksander I mógł przekazać zboże głodującej zachodniej Europie. Do wschodniej Szwajcarii wysłał nie tylko zboże, ale i darowiznę w wysokości 100 tysięcy rubli. To przypomnienie, że nawet w obliczu globalnej katastrofy klimatycznej zawsze istnieją regiony mniej dotknięte — i że solidarność oraz handel mogą ratować życie.

Kryzys, który zrodził reformy

Tu pojawia się jeden z najbardziej budujących wątków całej tej historii. Bo wielkie kryzysy, choć tragiczne, bywają też katalizatorami zmian na lepsze. I tak właśnie stało się w Wirtembergii.

Król Wirtembergii Wilhelm I wstąpił na tron w październiku 1816 roku — czyli w samym środku klęski głodu. Zamiast biernie patrzeć, jak poddani głodują, on i jego żona, królowa Katarzyna (z pochodzenia rosyjska wielka księżna, córka cara Pawła I), zabrali się do działania z energią, która do dziś budzi podziw.

Powołali cały szereg instytucji. W sierpniu 1817 roku utworzyli centralę towarzystwa rolniczego — zalążek przyszłego ministerstwa rolnictwa. W listopadzie 1818 roku założyli szkołę rolniczą w Hohenheim, z której wyrósł istniejący do dziś Uniwersytet Hohenheim — jedna z czołowych europejskich uczelni rolniczych. Pomysł był prosty i mądry: skoro głód wynika częściowo z zacofanego rolnictwa, trzeba uczyć rolników nowoczesnych metod, by takie kryzysy się nie powtarzały.

Królowa Katarzyna zainicjowała też organizację dobroczynną działającą pod hasłem „Arbeit statt Almosen” — „praca zamiast jałmużny”. To była niezwykle nowoczesna jak na tamte czasy idea: zamiast po prostu rozdawać ubogim datki, dawano im pracę, by mogli zarobić na utrzymanie z godnością. Wraz z wydawcą Johannem Friedrichem Cottą królowa założyła także kasę oszczędności — instytucję, która miała pomóc zwykłym ludziom budować finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę.

I jeszcze jeden uroczy szczegół: w 1818 roku zapoczątkowano w Cannstatt doroczne święto rolnicze, Cannstatter Volksfest. Miało ono promować rolnictwo i podnosić ludzi na duchu po latach niedostatku. Pierwsza edycja przyciągnęła około 30 tysięcy ludzi do miasteczka liczącego zaledwie 3 tysiące mieszkańców. Co ciekawe, święto to istnieje do dziś i jest jednym z największych festynów ludowych w Niemczech, drugim po słynnym monachijskim Oktoberfeście. Mało kto z bawiących się tam dziś ludzi wie, że jego korzenie sięgają katastrofy wulkanicznej sprzed ponad dwustu lat.

Wielka wędrówka: kiedy ludzie ruszyli w drogę

Gdy ziemia przestaje rodzić, ludzie ruszają w drogę. Rok bez lata wywołał jedne z większych ruchów migracyjnych swojej epoki — i te migracje odcisnęły trwałe piętno na historii.

W Stanach Zjednoczonych klęska w Nowej Anglii pchnęła tysiące rodzin na zachód, w poszukiwaniu lepszej ziemi i cieplejszego klimatu. Sam stan Vermont stracił w latach 1816–1817 — według szacunków historyka L.D. Stillwella — od 10 do 15 tysięcy mieszkańców. Ta fala osadnicza przyspieszyła zasiedlanie amerykańskiego Środkowego Zachodu. Indiana uzyskała status stanu w grudniu 1816 roku, a Illinois dwa lata później.

Wśród rodzin, które opuściły wtedy Vermont, była pewna rodzina o nazwisku Smith. Przenieśli się do miejscowości Palmyra w stanie Nowy Jork. Ich syn Joseph Smith stał się później założycielem Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich — czyli mormonów, jednej z najszybciej rosnących religii w nowożytnej historii. Gdyby nie rok bez lata, rodzina Smithów mogłaby nigdy nie trafić do Palmyry, a historia religii potoczyłaby się inaczej. Brytyjski historyk Lawrence Goldman sugeruje nawet, że migracja do tej części stanu Nowy Jork — regionu zwanego „burned-over district” ze względu na religijny ferment — przyczyniła się do zakorzenienia tam ruchu na rzecz zniesienia niewolnictwa.

Z południowo-zachodnich Niemiec ruszyła z kolei wielka fala emigracji na wschód. Z samej Wirtembergii w latach 1816–1817 około dziesięciu tysięcy osób wyemigrowało do południowej Rosji, zaproszonych przez cara Aleksandra I. Wyruszali Dunajem z miasta Ulm, płynąc ku nowemu życiu nad Morzem Czarnym. Z Wielkiego Księstwa Badenii w pierwszych czterech miesiącach 1817 roku wyemigrowało — według Krämera — 18 tysięcy ludzi, czyli mniej więcej jedna piąta całej ludności. Skala była tak ogromna, że władze Badenii wpadły w panikę i wprowadziły zakaz emigracji od maja do listopada 1817 roku, bojąc się wyludnienia kraju.

Gdy głód otwiera drzwi chorobom

Głód rzadko zabija sam. Zwykle osłabia organizmy, otwierając drzwi chorobom — i tak właśnie stało się po roku bez lata.

W latach 1816–1819 przez Europę przetoczyły się wielkie epidemie tyfusu — choroby ściśle związanej z głodem, biedą, ciasnotą i brudem, które zawsze towarzyszą kryzysom żywnościowym. Najmocniej ucierpiała Irlandia, gdzie liczbę zgonów szacuje się nawet na sto tysięcy. Gdy choroba rozprzestrzeniła się poza wyspę, pochłonęła kolejne 65 tysięcy ofiar.

Ale najpoważniejsza, najbardziej dalekosiężna konsekwencja zdrowotna roku bez lata przyszła z zupełnie innej strony — z Indii. Przypomnijcie sobie, że erupcja Tambory zakłóciła monsun na subkontynencie indyjskim, powodując nienormalne warunki pogodowe. Otóż te właśnie warunki — zmiany temperatury i wilgotności w rejonie delty Gangesu — prawdopodobnie sprzyjały pojawieniu się nowego, bardziej zjadliwego szczepu bakterii wywołującej cholerę, Vibrio cholerae.

W sierpniu 1817 roku w mieście Jessore koło Kalkuty wybuchła epidemia. I nie zatrzymała się. Choroba ruszyła w świat trasami handlowymi — przez Azję Południowo-Wschodnią, Bliski Wschód, wschodnią Afrykę, aż po wybrzeża Morza Śródziemnego. To była pierwsza pandemia cholery w historii, trwająca od 1817 do 1824 roku. Zabiła miliony ludzi. Na samej tylko Jawie zmarło ponad sto tysięcy osób. A była to dopiero pierwsza z siedmiu wielkich pandemii cholery, które nawiedziły świat w XIX i XX wieku.

Tu jednak — jak na rzetelny artykuł popularnonaukowy przystało — trzeba postawić ważne zastrzeżenie. Związek między erupcją Tambory a wybuchem pierwszej pandemii cholery to hipoteza. Mocna, poparta współczesnymi badaniami nad związkami cholery z klimatem, ale wciąż hipoteza, a nie żelazny, udowodniony fakt. Historia nauki uczy nas pokory: niektóre powiązania, choć przekonujące, pozostają w sferze prawdopodobieństwa, a nie pewności. I to jest w porządku — tak właśnie działa nauka.

Niespokojne tłumy

Warto na chwilę zatrzymać się przy reakcjach społecznych, bo one także są częścią tej historii. Ludzie tamtych czasów nie mieli przecież pojęcia, że ich nieszczęścia mają swoje źródło w wulkanie po drugiej stronie globu. Nie znali przyczyny — wiedzieli tylko, że nie ma chleba, a ten, który jest, kosztuje fortunę.

Zgłodniałe i przerażone tłumy zaczęły protestować. Demonstrowano przed targami zbożowymi i piekarniami. W wielu europejskich miastach wybuchły zamieszki głodowe. Choć rozruchy podczas głodu nie były w historii niczym nowym, te z lat 1816–1817 były najgwałtowniejszym okresem niepokojów na kontynencie od czasów rewolucji francuskiej. Dochodziło do podpaleń i grabieży. Ludzie, doprowadzeni do ostateczności, brali sprawy w swoje ręce.

Pojawiały się też reakcje, które dziś nazwalibyśmy paniką apokaliptyczną. Skoro pogoda oszalała, niebo przybierało dziwne barwy, a głód zaglądał w oczy — wielu uznało, że nadchodzi koniec świata. Krążyły przepowiednie. Jedna z nich, tak zwana przepowiednia bolońska, głosiła, że koniec świata nastąpi w lipcu 1816 roku. W Londynie udokumentowano przypadek pokojówki Eleanor Sanders, która tak przeraziła się wizją apokalipsy, że odebrała sobie życie. To smutne przypomnienie, że katastrofy klimatyczne odciskają piętno nie tylko na ciałach, ale i na ludzkiej psychice.

Kiedy z katastrofy rodzi się sztuka

A teraz najpiękniejszy paradoks całej tej historii. Bo z mroku roku bez lata wyłoniło się coś, czego nikt by się nie spodziewał — wybuch ludzkiej kreatywności, który ukształtował kulturę na kolejne dwa stulecia.

Narodziny Frankensteina

Cofnijmy się nad Jezioro Genewskie, do lata 1816 roku. W eleganckiej Willi Diodati zebrała się grupa młodych, błyskotliwych ludzi: 18-letnia wówczas Mary Shelley (jeszcze pod nazwiskiem Godwin), jej ukochany — poeta Percy Bysshe Shelley, słynny i skandalizujący poeta lord Byron oraz jego osobisty lekarz, John William Polidori. Planowali przyjemne, towarzyskie lato nad jeziorem.

Tyle że lato nie przyszło. Zamiast słońca były „nieustanne deszcze” podczas, jak to ujęto, „wilgotnego, nieprzyjaznego lata”. Uwięzieni w willi przez pogodę, znudzeni przyjaciele musieli jakoś zabić czas. Czytali sobie nawzajem niemieckie opowieści o duchach ze zbioru zatytułowanego „Fantasmagoriana”. I wtedy lord Byron rzucił wyzwanie: niech każdy napisze własną, najstraszniejszą historię, jaką potrafi wymyślić.

Mary Shelley wzięła to wyzwanie do serca. Owocem tych deszczowych dni była powieść „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, wydana w 1818 roku. Opowieść o naukowcu, który tworzy życie z martwej materii i traci nad nim kontrolę, stała się jednym z fundamentalnych dzieł literatury grozy i — co podkreślają badacze — pierwszym wielkim dziełem gatunku, który dziś nazywamy science fiction. Pomyślcie o tym następnym razem, gdy zobaczycie Frankensteina w filmie, książce czy nawet na kostiumie na Halloween: ten kulturowy fenomen narodził się, ponieważ wulkan w Indonezji zepsuł komuś wakacje.

I pierwszy wampir

Ale to nie koniec literackiego żniwa z Willi Diodati. Lord Byron napisał wtedy „Fragment powieści” — krótki tekst, którego nie dokończył. Jego lekarz, John Polidori, podchwycił ten pomysł i rozwinął go we własne dzieło: „Wampir” (The Vampyre), opublikowane w 1819 roku. Była to pierwsza nowoczesna opowieść wampiryczna w języku angielskim — bezpośredni przodek słynnego „Draculi” Brama Stokera, a przez niego praprzodek całej dzisiejszej popkultury wampirów, od „Zmierzchu” po niezliczone seriale. Dwa z najważniejszych archetypów współczesnej grozy — sztuczny człowiek-potwór i arystokratyczny wampir — narodziły się w tym samym domu, w to samo deszczowe lato.

Ciemność Byrona

Sam Byron także bezpośrednio zareagował na niezwykłą aurę. Zainspirował go dzień, w którym — jak relacjonowano — „ptactwo poszło na grzędy w południe, a świece trzeba było zapalać jak o północy”. Z tego nastroju zrodził się apokaliptyczny poemat „Darkness” — „Ciemność”. Jego początek brzmi: „Miałem sen, który nie całkiem był snem. Jasne słońce zgasło…”. To poruszający literacki zapis tego, jak ludzie tamtej epoki przeżywali zaćmiony, chłodny świat roku bez lata.

Ogniste niebo Turnera

Aerozole wulkaniczne w atmosferze miały też skutek uboczny o zaskakującej urodzie. Przez kilka lat po erupcji rozpraszały światło słoneczne w taki sposób, że zachody słońca stawały się niezwykle intensywne — krwistoczerwone, pomarańczowe, fioletowe, jakich normalnie się nie widuje. Niebo dosłownie płonęło.

Brytyjski malarz J.M.W. Turner, jeden z największych mistrzów światła w historii malarstwa, uwiecznił te niezwykłe niebiosa. W jego szkicowniku zatytułowanym „Skies” zachowało się 65 akwareli z lat 1816–1818, w których studiował chmury, zachody słońca i poświatę księżyca. Charakterystyczny żółtawy, rozpalony odcień widać w wielu jego dziełach z tego okresu.

To zresztą przykład pięknego spotkania sztuki i nauki. W 2007 roku zespół badaczy pod kierunkiem Christosa Zerefosa przeanalizował obrazy z lat 1500–1900 i wykazał, że istnieje wyraźna korelacja między aktywnością wulkaniczną a ilością czerwieni używanej przez malarzy do przedstawiania nieba. Innymi słowy — dzieła sztuki stały się nieoczekiwanym źródłem danych o dawnych erupcjach. Trzeba tu jednak uczciwie dodać, że metoda ta bywa kwestionowana przez część naukowców jako obarczona sporą niepewnością — bo przecież malarz mógł użyć czerwieni z czysto artystycznych pobudek, niezależnie od tego, co naprawdę widział na niebie.

A do tego — rower!

I wreszcie wynalazek, który łączy w sobie tragedię i pomysłowość w sposób tak nieoczekiwany, że aż trudno uwierzyć. Otóż brak owsa — tego samego, którego cena w Ameryce wzrosła o 600 procent — uderzył nie tylko w ludzi, ale i w konie. Bez paszy konie masowo padały z głodu albo były zabijane na mięso. A przecież koń był wówczas podstawowym środkiem transportu — odpowiednikiem dzisiejszego samochodu.

Niemiecki wynalazca, baron Karl von Drais z Wielkiego Księstwa Badenii, dostrzegł problem i postanowił go rozwiązać. Skoro koni brakuje, pomyślał, potrzebny jest pojazd, który nie wymaga karmienia. W 1817 roku skonstruował „Laufmaschine” — „maszynę biegową”, nazywaną też draisiną lub welocypedem. Był to pierwszy dwukołowy, sterowny pojazd napędzany nogami jeźdźca odpychającego się od ziemi. Czyli — protoplasta roweru.

Swój słynny pierwszy przejazd Drais odbył 12 czerwca 1817 roku, pokonując około siedmiu kilometrów z Mannheim do Schwetzingen w nieco ponad godzinę — znacznie szybciej, niż dałoby się przejść tę trasę pieszo. Patent uzyskał w 1818 roku. Co prawda masowa produkcja prawdziwych rowerów ruszyła dopiero pod koniec XIX wieku, ale pierwszy krok ku jednemu z najważniejszych i najbardziej ekologicznych wynalazków w dziejach ludzkości został postawiony właśnie wtedy — jako reakcja na głód wywołany przez wulkan.

Nauka wyciąga wnioski

Rok bez lata nie tylko zrodził sztukę — popchnął też naprzód naukę, i to na kilka sposobów.

Justus von Liebig, który jako dziecko przeżył głód w Darmstadt, na zawsze zapamiętał tamto doświadczenie. Później został jednym z najważniejszych chemików XIX wieku i zajął się badaniem odżywiania roślin. To on wprowadził nawozy mineralne — wynalazek, który zrewolucjonizował rolnictwo i pozwolił wyżywić rosnącą populację świata. Można powiedzieć, że głód z dzieciństwa zasiał w nim ziarno, które wydało plon ratujący później miliony ludzi przed głodem.

Powódź lodowcowa w szwajcarskiej dolinie Val de Bagnes skłoniła z kolei inżyniera Ignaza Venetza do przemyśleń nad zachowaniem lodowców. Jego obserwacje przyczyniły się do narodzin teorii epok lodowcowych — przełomowej idei, że w przeszłości lodowce pokrywały znacznie większe obszary Ziemi niż dziś.

Ale najważniejsze było coś innego: rok bez lata stał się z czasem kluczowym przykładem dla zrozumienia wpływu wulkanów na klimat całej planety. Związek między erupcją Tambory a anomaliami pogodowymi 1816 roku jako pierwszy wyraźnie zasugerował amerykański badacz William Humphreys już w 1913 roku — niemal sto lat po samym wydarzeniu. To pokazuje, jak długo trwało, zanim ludzkość połączyła kropki.

Współczesna nauka dysponuje narzędziami, o jakich Humphreys mógł tylko marzyć. Badacze odczytują historię klimatu z rdzeni lodowych — wierceń w lodowcach Grenlandii i Antarktydy, gdzie każda warstwa lodu zawiera „zapis” składu atmosfery z danego roku, w tym ślady siarki z erupcji wulkanicznych. Analizują słoje drzew, które w zimnych latach są węższe i noszą ślady uszkodzeń mrozowych. Budują skomplikowane modele komputerowe symulujące, jak zachowuje się klimat po wstrzyknięciu do stratosfery określonej ilości siarki.

I te modele potwierdziły to, co podejrzewano. Badanie zespołu Andrew Schurera z 2019 roku wykazało, że tak ekstremalne ochłodzenie, jakie wystąpiło w 1816 roku, nie byłoby możliwe bez erupcji Tambory — wulkan zwiększył prawdopodobieństwo takiej anomalii nawet stukrotnie. Co ciekawe, badacze ustalili też, że część anomalii — może około jednej czwartej — wynikała z naturalnej, wewnętrznej zmienności atmosfery. Innymi słowy: Tambora była głównym sprawcą, ale pogoda i tak miała wtedy „zły humor”, a wulkan ten zły humor wielokrotnie spotęgował.

Stuletnie śledztwo: jak odkryto winowajcę

Jest w tej historii wątek, który zasługuje na osobne potraktowanie, bo to właściwie gotowy scenariusz na kryminał — tyle że ofiarą są całe społeczeństwa, a śledztwo trwa nie kilka dni, lecz dwa stulecia.

Pomyślcie o tym z perspektywy człowieka żyjącego w 1816 roku. Spada śnieg w czerwcu. Niebo ma dziwne barwy. Plony gniją na polach. Ceny chleba szaleją. Ludzie umierają z głodu. A wy nie macie zielonego pojęcia, dlaczego. Nie ma telewizji, internetu, telegrafu — informacja podróżuje z prędkością konia albo żaglowca. Wieść o tym, że gdzieś w Indonezji wybuchł wulkan, jeśli w ogóle dociera do Europy, to z wielomiesięcznym opóźnieniem i w formie egzotycznej ciekawostki, a nie wyjaśnienia własnych nieszczęść. Skąd zwykły rolnik z Vermontu czy ze Szwajcarii miałby wiedzieć, że jego zamarznięte ziemniaki mają cokolwiek wspólnego z górą po drugiej stronie globu?

Dlatego ludzie tłumaczyli sobie zjawisko, jak umieli. Jedni widzieli w nim karę boską, inni zapowiedź końca świata, jeszcze inni obwiniali plamy na słońcu, które — jak już wiemy — faktycznie były wtedy nietypowo nieliczne i widoczne nawet gołym okiem przez zamglone niebo. Niektórzy oskarżali nawet… piorunochrony Benjamina Franklina, podejrzewając, że to one „rozregulowały” elektryczność atmosfery. Czego im brakowało, to nie inteligencji — brakowało im danych i globalnej perspektywy, których po prostu nie dało się wtedy mieć.

Co ciekawe, sam Benjamin Franklin, jeszcze w XVIII wieku, był blisko prawdy. Po wielkiej erupcji islandzkiego wulkanu Laki w 1783 roku, gdy nad Europą zawisła dziwna, sucha mgła, a zima okazała się wyjątkowo sroga, Franklin — przebywający wówczas jako dyplomata w Paryżu — przypuszczał, że może istnieć związek między wulkaniczną mgłą a ochłodzeniem. Była to jedna z pierwszych w historii intuicji, że erupcje mogą wpływać na klimat. Ale była to właśnie tylko intuicja, hipoteza wyprzedzająca swoją epokę, której nikt nie potrafił wtedy udowodnić.

Na twarde połączenie Tambory z rokiem bez lata trzeba było czekać aż do 1913 roku — niemal sto lat po samym wydarzeniu. Wtedy to amerykański fizyk atmosfery William Jackson Humphreys jako pierwszy przedstawił spójny argument naukowy, że to właśnie pył i aerozole wyrzucone przez Tamborę zablokowały dość światła słonecznego, by wywołać globalne ochłodzenie. Humphreys połączył kropki, których nikt wcześniej nie połączył: datę erupcji, jej skalę, znane zjawisko przyciemniania nieba i anomalię pogodową roku następnego.

Ale prawdziwe potwierdzenie przyszło dopiero z rozwojem nowoczesnych metod badawczych w drugiej połowie XX wieku — i tu zaczyna się najciekawsza część śledztwa. Bo skąd dziś wiemy z taką pewnością, ile siarki wyrzuciła Tambora, skoro nikt jej wtedy nie zmierzył?

Odpowiedź brzmi: pytamy lód. Lodowce Grenlandii i Antarktydy to naturalne archiwa klimatu. Każdej zimy pada na nie śnieg, który z czasem zbija się w lód, tworząc kolejne warstwy — trochę jak słoje drzewa albo strony w księdze. Wiercąc głęboko w lodowiec i wyciągając tak zwany rdzeń lodowy — długi walec lodu — naukowcy mogą cofać się w czasie, warstwa po warstwie, rok po roku. A w tych warstwach uwięzione są maleńkie pęcherzyki dawnego powietrza oraz wszystko, co wówczas opadło z atmosfery, w tym siarka z erupcji wulkanicznych. Gdy znajduje się warstwę z gwałtownie podwyższonym poziomem siarczanów, wiadomo: w tym roku gdzieś na świecie wybuchł potężny wulkan.

I właśnie rdzenie lodowe pokazały coś zdumiewającego. Pik siarczanowy z czasów Tambory okazał się największą zmianą stężenia siarki w lodzie od pięciu tysięcy lat. To dzięki tym rdzeniom potwierdzono również istnienie owej tajemniczej erupcji z przełomu 1808 i 1809 roku — ślad po niej jest wyraźny w lodzie, choć do dziś nie wiemy na pewno, który wulkan ją spowodował. Detektywi klimatu znaleźli odcisk palca przestępcy, ale wciąż nie potrafią przypisać go konkretnemu sprawcy.

Do lodu dochodzą jeszcze inne świadkowie. Drzewa, na przykład — w zimnych, krótkich sezonach wegetacyjnych przyrastają wolniej, więc ich słoje są węższe, a czasem noszą charakterystyczne ślady uszkodzeń mrozowych. Badacze przeanalizowali słynne kalifornijskie sosny ościste — jedne z najstarszych żywych organizmów na Ziemi — i znaleźli w nich zapis chłodu z 1816 roku i lat sąsiednich. Świadkami są też stare dzienniki pogodowe, kroniki klasztorne, rejestry zbiorów winogron, zapiski o cenach chleba i daty zamarzania rzek. Każde z tych źródeł to osobny tom zeznań w wielkiej sprawie roku bez lata.

To wszystko składa się na jedną z najpiękniejszych cech nauki: cierpliwość. Od intuicji Franklina, przez hipotezę Humphreysa, po dzisiejsze modele komputerowe i rdzenie lodowe — kolejne pokolenia badaczy dorzucały swój fragment do układanki, której pojedynczy człowiek nigdy nie zdołałby złożyć w ciągu jednego życia. Rok bez lata przestał być tajemniczą klęską, a stał się jednym z najlepiej zrozumianych przypadków wpływu wulkanów na klimat — modelowym przykładem, do którego naukowcy wracają za każdym razem, gdy chcą zrozumieć, co stałoby się z planetą po kolejnej wielkiej erupcji.

Tambora na ziemiach polskich

Nie możemy pominąć pytania, które samo się nasuwa: a jak rok bez lata wpłynął na ziemie polskie?

Odpowiedź jest ciekawa, bo przez długi czas brzmiała ona: „wiemy niewiele i znacznie mniej niż o Europie Zachodniej”. Ziemie polskie, podzielone wówczas między trzech zaborców, nie zostały dotknięte tak dramatycznie jak zachodnia Europa czy wschodnie wybrzeże Ameryki. Może dlatego temat ten był w polskiej historiografii niemal nieobecny. Dopiero badania Marka Blachy z Instytutu Historii Nauki PAN — autora nagrodzonej przez Centrum Pieniądza NBP pracy o znamiennym tytule „1816. Katastrofa, której nie było(?). Rok bez lata na ziemiach polskich” — rzuciły na tę sprawę nowe światło.

Okazuje się, że ślady katastrofy są u nas widoczne, tylko trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać. Co ciekawe, w pamiętnikach pisanych z perspektywy lat niewiele jest wzmianek o dziwnej pogodzie — ludzka pamięć bywa zawodna i wybiórcza. Ale w dziennikach prowadzonych na bieżąco i w ówczesnej prasie znajdujemy sygnały zaniepokojenia. Joachim Lelewel, słynny historyk, w listach z Wilna skarżył się, że w środku maja jest zimno i nieustannie pada. Odnotowywano również sygnały nietypowej pogody, w tym wzmianki o opadach śniegu w czerwcu na ziemiach polskich.

Zachowała się też barwna anegdota związana ze wspomnianą już przepowiednią bolońską o końcu świata w lipcu 1816 roku. Ignacy Baranowski opisał chłopa z Żółkiewic, który tak przejął się tą przepowiednią, że gdy dostał pieniądze na mąkę, uznał, iż wobec nadchodzącego końca świata nie ma sensu robić zapasów. Poszedł więc do karczmy i wszystko przepił. Trudno o lepszą ilustrację ludzkiej natury w obliczu nadciągającej (rzekomo) apokalipsy.

Najważniejsze były jednak konsekwencje gospodarcze — i tu badania Blachy przynoszą prawdziwie odkrywcze wnioski. W latach 1816–1819 Królestwo Polskie doświadczyło głodu, a poprawa nastąpiła dopiero około 1820 roku. Przez długi czas historycy tłumaczyli ten głód wyłącznie skutkami wojen napoleońskich. Ale analiza cen zboża przynosi coś interesującego: w 1815 roku zboże było jeszcze stosunkowo tanie, między innymi dzięki dobrym zbiorom z roku 1814. Ceny gwałtownie poszybowały dopiero w 1816 roku i utrzymywały się wysoko przez kilka kolejnych lat. To pozwala ostrożnie przypuszczać, że winowajcą nie były tylko wojny, ale również dalekosiężne skutki erupcji Tambory — zwiększone opady, niższe temperatury i wynikające z nich słabsze plony. Co więcej, nawet tam, gdzie zbiory się udały, ceny rosły, bo zboże wywożono za granicę, gdzie było jeszcze drożej.

I tutaj dochodzimy do skutku, który dotyczy każdego z nas — a w każdym razie każdego, kto lubi polską kuchnię. W tej trudnej sytuacji ratunkiem okazał się ziemniak. Roślina ta jest bardziej odporna na wilgoć i mniej wymagająca klimatycznie niż zboża, a do tego daje większy plon z tego samego kawałka ziemi. Ziemniak był w Polsce znany już od końca XVII wieku — według tradycji pierwsze bulwy miał sprowadzić sam król Jan III Sobieski. Ale przez ponad sto lat pozostawał ciekawostką, uprawianą na niewielką skalę. Dopiero po erupcji Tambory i w kolejnych latach głodu zaczęto sadzić ziemniaki na dużą skalę. W rolnictwie Królestwa Polskiego spadło znaczenie uprawy zbóż, a wzrosła rola ziemniaków i hodowli owiec.

Pomyślcie więc o tym następnym razem, gdy zasiądziecie do talerza pyz, kopytek, placków ziemniaczanych czy zwyczajnych ziemniaków z koperkiem — pamiętając oczywiście, że Tambora była tylko jednym z możliwych czynników przyspieszających tę kulinarną zmianę. To, że ziemniak stał się jednym z filarów polskiej kuchni, nie było oczywiście skutkiem jednego wydarzenia. Można jednak ostrożnie powiedzieć, że kryzys lat 1816–1819 mógł przyspieszyć proces, który już trwał: przechodzenie części gospodarstw na bardziej odporne i wydajne uprawy, w tym ziemniaki. W tym sensie wydarzenie geologiczne na drugim końcu świata mogło pośrednio wzmocnić trwałą zmianę polskiej diety.

Tambora w rodzinie wielkich erupcji

Żeby docenić wyjątkowość Tambory, warto ustawić ją obok innych słynnych wybuchów wulkanicznych — bo dopiero wtedy widać, jak bardzo wyrasta ponad resztę.

Najbliższym jej krewnym w pamięci zbiorowej jest pewnie Krakatau, indonezyjski wulkan, który eksplodował w 1883 roku. Wybuch Krakatau był jednym z najgłośniejszych dźwięków w udokumentowanej historii — słyszano go nawet kilka tysięcy kilometrów dalej, a fale tsunami zabiły dziesiątki tysięcy ludzi. Krakatau też wpłynął na klimat i też dał spektakularne czerwone zachody słońca na całym świecie (niektórzy badacze podejrzewają nawet, że to one zainspirowały płonące niebo na słynnym „Krzyku” Edvarda Muncha). A jednak Krakatau był słabszy od Tambory. Otrzymał ocenę VEI 6 — czyli o cały stopień, a więc mniej więcej dziesięciokrotnie, mniej niż Tambora.

Bliżej naszych czasów był wybuch filipińskiego wulkanu Pinatubo w 1991 roku. To erupcja niezwykle ważna dla nauki, bo wydarzyła się w epoce satelitów i precyzyjnych pomiarów — naukowcy mogli na bieżąco śledzić, jak chmura aerozoli okrąża planetę i jak globalna temperatura spada o około pół stopnia w ciągu następnych dwóch lat. Pinatubo był swego rodzaju „kontrolowanym eksperymentem”, który potwierdził wszystko, co podejrzewano o wpływie wulkanów na klimat. A mimo to Tambora wyrzuciła do stratosfery — według niektórych szacunków — sześciokrotnie więcej siarki niż Pinatubo.

A co z erupcjami, które mogłyby przyćmić nawet Tamborę? Takie też się zdarzały, tyle że w odleglejszej przeszłości. Około 1257 roku eksplodował wulkan Samalas (również w Indonezji), wyrzucając prawdopodobnie jeszcze więcej materiału niż Tambora i przyczyniając się do ochłodzenia, które niektórzy badacze wiążą z trudnymi latami średniowiecznej Europy. Jeszcze dalej w przeszłości, około 1600 roku, peruwiański wulkan Huaynaputina dał największą erupcję w historii Ameryki Południowej. A jeśli cofniemy się o tysiące lat, natrafimy na prawdziwe potwory — tak zwane superwulkany, jak ten drzemiący pod Parkiem Narodowym Yellowstone w USA, których erupcje przewyższają Tamborę o kolejne rzędy wielkości. Na szczęście takie kataklizmy zdarzają się raz na dziesiątki czy setki tysięcy lat.

To zestawienie pokazuje, gdzie plasuje się Tambora: jest najpotężniejszą erupcją dobrze udokumentowaną w czasach historycznych, mając już narzędzia, by ją w miarę dokładnie opisać. Nie najpotężniejszą w dziejach Ziemi — ale najpotężniejszą w naszej pamięci. I właśnie dlatego jest dla nas tak cenną lekcją.

Czy moglibyśmy… celowo schłodzić planetę?

Tu pojawia się myśl, która z początku brzmi jak polityczna fantastyka, a jednak jest przedmiotem całkiem poważnych dyskusji naukowych. Skoro wulkan, wstrzykując siarkę do stratosfery, potrafi ochłodzić całą planetę — to czy ludzkość, walcząca dziś z globalnym ociepleniem, mogłaby zrobić to samo celowo i kontrolowanie?

Ta koncepcja nazywa się geoinżynierią słoneczną, a dokładniej — wstrzykiwaniem aerozoli do stratosfery. Pomysł, w największym uproszczeniu, polega na tym, by rozpylać w górnych warstwach atmosfery drobne cząstki odbijające światło słoneczne, naśladując dokładnie ten mechanizm, który po erupcji Tambory ochłodził Ziemię. Innymi słowy — sztuczny, kontrolowany „mini-wulkan”, który dałby planecie chłodzący parasol.

Tambora i Pinatubo są w tej dyskusji kluczowymi punktami odniesienia. To dzięki nim wiemy, że mechanizm w ogóle działa — natura przeprowadziła ten eksperyment za nas, i to wielokrotnie. Ale te same erupcje są też wielkim ostrzeżeniem. Bo rok bez lata pokazał, że schłodzenie planety siarką ma swoją mroczną cenę: zaburzenie monsunów, zniszczenie plonów, susze w jednych regionach i powodzie w innych. Majstrowanie przy klimacie całej planety to nie jest precyzyjne pokręcenie gałką termostatu — to raczej szarpnięcie za dźwignię połączoną z tysiącem innych, których działania do końca nie rozumiemy.

Dlatego większość naukowców podchodzi do geoinżynierii z ogromną ostrożnością, traktując ją w najlepszym razie jako ryzykowną ostateczność, a nie rozwiązanie problemu. Bo gdyby raz zaczęto rozpylać aerozole, a potem nagle przestano, planeta gwałtownie by się ogrzała — efekt nazywany „szokiem terminacji”. I — co najważniejsze — taki sztuczny parasol nie usuwa przyczyny ocieplenia, czyli nadmiaru dwutlenku węgla w atmosferze. Maskowałby tylko objawy, jak środek przeciwbólowy, który nie leczy choroby. Rok bez lata, ze swoim głodem i cierpieniem, jest tu trzeźwiącym przypomnieniem, że ingerencja w klimat na skalę globalną zawsze niesie konsekwencje, których nie sposób w pełni przewidzieć.

Co zostaje nam z tej całej historii, poza fascynacją i może lekkim niedowierzaniem? Kilka rzeczy, które warto sobie wziąć do serca.

Po pierwsze i najważniejsze — rok bez lata to spektakularny dowód na to, że nasza planeta jest jednym, wzajemnie powiązanym systemem. Naukowcy mają na to ładny termin: „teleconnections”, czyli dalekosiężne powiązania klimatyczne. Wybuch wulkanu na odległej wyspie w Indonezji wywołał głód w Szwajcarii, śnieg w czerwcu w Vermoncie, epidemię cholery rozlewającą się z Indii na trzy kontynenty, narodziny Frankensteina nad Jeziorem Genewskim i — być może pośrednio — przyspieszył wzrost znaczenia ziemniaka w Polsce. Atmosfera nie zna granic. To, co dzieje się w jednym miejscu Ziemi, prędzej czy później dotyka nas wszystkich — myśl, która w epoce globalnego ocieplenia brzmi wyjątkowo aktualnie.

Po drugie — historia ta uczy pokory wobec sił natury, ale i podziwu dla ludzkiej zdolności do badania świata. Przez sto lat nikt nie łączył dziwnego roku 1816 z odległą erupcją. Dopiero cierpliwa praca pokoleń naukowców — geologów, klimatologów, historyków — pozwoliła złożyć tę układankę. Rdzenie lodowe, słoje drzew, modele komputerowe, stare dzienniki i kroniki cen zboża — wszystko to są elementy gigantycznego śledztwa, które trwa do dziś.

Po trzecie — to opowieść o kruchości i odporności zarazem. Kruchości, bo zaledwie ułamek stopnia ochłodzenia w skali globu wystarczył, by zachwiać rolnictwem i zabić dziesiątki tysięcy ludzi. Ale i odporności, bo z tej samej katastrofy zrodziły się reformy rolne, nowe instytucje dobroczynne, postęp naukowy, a nawet rower. Ludzkość, postawiona pod ścianą, potrafi nie tylko cierpieć, ale i tworzyć.

I wreszcie pytanie, które aż się prosi: a co, gdyby coś takiego zdarzyło się dziś? Marek Blacha zwraca uwagę na pewien paradoks. Z jednej strony jesteśmy dziś znacznie lepiej przygotowani — natychmiast zrozumielibyśmy, co się dzieje, mamy satelity, modele, globalny system ostrzegania, ogromne nadwyżki żywności w niektórych regionach. Ale z drugiej strony nasza cywilizacja jest dziś znacznie bardziej zależna od globalnych łańcuchów dostaw niż rolnicy z 1816 roku, którzy w większości jedli to, co sami wyhodowali. Załamanie globalnego rolnictwa na rok czy dwa mogłoby dziś wywołać skutki gospodarcze nawet poważniejsze niż dwieście lat temu. A erupcji wulkanu wciąż nie potrafimy ani przewidzieć z dużym wyprzedzeniem, ani tym bardziej powstrzymać.

Erupcje o sile Tambory nie zdarzają się często — może raz na kilkaset, kilka tysięcy lat. Ale „rzadko” nie znaczy „nigdy”. Gdzieś tam, pod skorupą Ziemi, w strefach subdukcji od Indonezji po Andy, magma cierpliwie napiera ku górze. Kiedyś — może za sto lat, może za tysiąc — któraś z tych gór znów się obudzi z taką siłą. I wtedy ludzkość przekona się, czy dobrze odrobiła lekcję, którą zostawił nam rok bez lata.

Na koniec: garść ciekawostek, które warto zapamiętać

Zanim się rozstaniemy, zbierzmy kilka najbardziej zaskakujących faktów z tej historii — z tych, które świetnie nadają się na rozmowę przy obiedzie albo do zaimponowania znajomym:

Frankenstein, Dracula (a w zasadzie jego literacki przodek) i protoplasta roweru — trzy fenomeny, które ukształtowały kulturę i codzienność milionów ludzi — są często łączone z tym samym wydarzeniem: wybuchem wulkanu Tambora. Nie znaczy to, że wulkan „wymyślił” je za ludzi, ale stworzył warunki, które mogły sprzyjać ich powstaniu właśnie wtedy i właśnie w takiej formie.

Erupcja była tak głośna, że jej huk pomylono z ostrzałem artyleryjskim w odległości ponad 2600 kilometrów — i wysłano wojsko oraz statki ratunkowe szukać nieistniejącej bitwy.

Cała kultura — lud Tambora wraz ze swoim unikalnym językiem — została unicestwiona w jedną noc, a jej ślady zaczęto lepiej poznawać dopiero na początku XXI wieku, nazywając to miejsce „Pompejami Wschodu”.

Najpotężniejszy festyn ludowy w Niemczech po Oktoberfeście, Cannstatter Volksfest, narodził się jako odpowiedź na głód wywołany przez wulkan.

A polski obiad z ziemniakami ma — w pewnym sensie — indonezyjsko-wulkaniczny rodowód.

Rok bez lata pokazuje, że historia, geologia, klimat, literatura, gospodarka i nasze codzienne nawyki kulinarne są ze sobą splecione w sposób, którego na co dzień zupełnie nie dostrzegamy. Czasem trzeba dopiero gigantycznej eksplozji na drugim końcu świata, by te połączenia stały się widoczne. A gdy już je dostrzeżemy — trudno przestać patrzeć na świat jak na jeden wielki, wzajemnie powiązany, niezwykły system. I to chyba najpiękniejsza lekcja, jaką możemy wynieść z najdziwniejszego roku w nowożytnej historii.

Tekst ma charakter popularnonaukowy. Szacunki dotyczące liczby ofiar erupcji (od ok. 71 tys. do nawet ćwierć miliona) oraz ilości wyrzuconej siarki (od 10 do 120 megaton) różnią się w zależności od źródła i metody badawczej. Niektóre powiązania przyczynowe — jak związek Tambory z pierwszą pandemią cholery czy z upowszechnieniem ziemniaka na ziemiach polskich — są dobrze udokumentowanymi hipotezami popartymi badaniami, ale nie jednoznacznie dowiedzionymi faktami. Tak właśnie działa nauka: część rzeczy wiemy na pewno, część odtwarzamy z dużym prawdopodobieństwem, a niektóre pozostają fascynującą zagadką.

Tagi
Kobieta w Krakowie - Portal dla kobiet

Redakcja działu nauka

Redakcja działu Nauka wyjaśnia zjawiska naukowe w przystępny sposób. Piszemy o mózgu, pamięci, psychologii, zdrowiu, środowisku, technologii, sztucznej inteligencji, kuchni i codziennym życiu, oddzielając fakty od uproszczeń.

Najnowsze artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button
Close